Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Epilog.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 19:57, 27 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Epilog.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

- Nu Wasyl nie myślałem, że przyjdziesz. Szczerze mówiąc trzy tygodnie temu zastanawiałem sie czy wszyscy nie jesteśmy do odstrzału. Ale dobrze, że jesteś. Natalia sernik zrobiła. - Z kuchni wyszła niewysoka blondyneczka. Niosła tacę z filiżankami. Jej niezbyt długie, mocno kręcone włosy, drobne usta i duże uważnie patrzące oczy dawały mieszankę, którą trudno było zapomnieć. Człowiek nazwany Wasylem, obrzucił kobietę wzrokiem, gdzie zachwyt przeplatał się z pożądaniem.

- Ty Stiepan na pewno nie jesteś do odstrzału. - Wielkie cielsko byłego członka Komitetu Sterującego rozsiadło się wygodnie w fotelu. - Prace nad aktywną pamięcią niebawem ruszą ostro. Ty cenny jesteś. A ja? Tego jeszcze nie wiem. Może to niedługo ja przyjdę do ciebie z prośbą.

Wasyl był świetnie poinformowany jak na kogoś, kogo odstawiono na boczny tor. To dobrze. Żadna instytucja naukowa finansowana choćby w części z publicznych pieniędzy, nie mogła się obyć bez administracji i ludzi pokroju Wasyla. Energicznych, wścibskich ale takich, którzy potrafią przysiąść i odwalić papierkową robotę kiedy trzeba. Ostatnie słowa gościa uradowały Bołdina. Wolałby zostać poproszonym o miejsce w pociągu, który niezadługo odjedzie, niż zapraszać samemu.

- Jesteś drugim, do którego udało mi się dotrzeć. - Stiepan Iwanowicz rzekł po namyśle. - Pierwszym był Zapiatow. Powiedział, że Kola i dwóch panów z Projektu bio-techno odnaleziono w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Gdybym chciał zaryzykować, to spróbowałbym się dowiedzieć czy jeszcze żyją, ewentualnie czy o tajemnicach projektu przeczytamy jutro na portalach. Ale nie chcę ryzykować. To nie moja sprawa. - Wciskając gościowi kit, Bołdin nawet się nie zająknął.

Wasyl popadł w zadumę - Tempora mutantur - westchnął filozoficznie

- Et nos mutamur in illis - dodał Bołdin. - Liczyłem na to, że powiesz mi na czym stoję. Na ile zmieniliśmy się w czasach, które tak szybko się zmieniają, że ja nie nadążam za tymi zmainami.

- Jedni dostali kopa w górę, inni tak jak ja, dostali kopa w dół. Kolażew z tego co wiem miał wypadek. Trudno uwierzyć, że to był wypadek. Zapiatow z kolei został doradcą Prezydenta. Komitet sterujący to teraz całkiem nowi ludzie, z reguły młodsi od nas. Zasada jest ta sama co kiedyś na początku projektu. Decydują ale nie ingerują. - Ton Wasyla zrobił się nieco ironiczny. - Podobno mają mieć wizję jak nas wykorzystać... piętnaście lat po fakcie. Znowu zaczęli sprawdzać Mrówcze Uroczysko. Centymetr po centymetrze.

- Pięć lat temu przeoraliśmy wszystko pod kopułą. cały kilometr kwadratowy - wtrąciła Natalia. Też centymetr po centymentrze. Robiliśmy tysiące badań we wszystkich możliwych konfiguracjach i nic. Tak jakby tam nigdy, niczego nie było.

- A twoje zdrowie? - chociaż Wasyl zwykł odnisić się do kobiet z wyszukaną uprzejmością, pytanie było podyktowane zupełnie czym innym.

- Moje zdrowie? Jak to się mówi "Końskie". Żadnych infekcji, żadnych dolegliwości. Dwadzieścia jeden lat temu była ostatnia wznowa. Wróciłam do Projektu ponownie, już jako uczestnik. Remisja nastąpiła natychmiast a potem już nic. Uszliśmy z życiem i wyglądam jak wyglądam - dodała bez fałszywej skromności.

Istotnie wyglądała jak wyglądała. Niska, delikatnie okrągła, krótkie włosy układały się w loki jak u małej dziewczynki. Jej twarzy, tyleż miłej co pospolitej, nie sposób było zapomnieć. Miała czterdzieści jeden lat a wyglądała na dziesięć mniej. Zaprzeczenie miss universum a jednak to właśnie dla niej, kilku facetów którzy w Kronosie mogli mieć każdą kobietę straciło głowę (niektórzy dosłownie). Traumatyczne przeżycia, jakie stały się jej udziałem kiedy Projekt Kronos zamienił się w krwawą jatkę, pozostały juz tylko w spojrzeniu i nie każdemu było dane o nich wiedzieć.

- Stepanie Iwanowiczu - Gość wydawał się wracać do meritum. - Mnie to się tak wydaje: ktoś na górze doszedł wreszcie, że Matuszka Rasija zmarnowała już wiele czasu i... ludzi. Teraz rusza kolejny projekt i zdaje się, że propozycje są dla was interesujące. Zresztą dostaliście pewnie ofertę. Co do mojej skromnej osoby to nie jestem już takim optymistą. Dla mnie może nie być już interesujących propozycji. Gdybyście przyjechali do Moskwy, moglibyśmy jeszcze pogadać...

- Do Moskwy przyjeżdżam jak muszę... - Bołdin ugryzł się w język i pomyślał, że nie należy przenosić niechęci do Stolicy na niechęć do swojego rozmówcy. - Tutaj mi dobrze. - Dodał tonem nieco łagodniejszym. - Lepszy jest sernik Natalii i Samowar na stole, niż wszystkie przybytki stolicy. Nie martwcie się Wasylu Stiepanowiczu. Dam znać. Jutro zadzwonię, najdalej pojutrze.

* * *

Wracali po spotkaniu z Prezydentem. Kilkunastu nowopowołanych pracowników instytutu dostąpiło zaszczytu uściśnięcia dłoni. Wszystko co miało związek z powołaniem nowej instytucji badawczej odbywało się w wariackim tempie. Teraz Bołdin i jego nowy zespół byli już oficjalnie pracownikami WJG. Kuma, zgodnie z ostatnim życzeniem Atanazego piastował stanowisko wiceprezesa. Interesy w strefie związanej ze Stolkino ograniczono do minimum. Stiopa Kumakiewicz sprowadził do Moskwy rodzinę ale Bołdin nawet nie zdążył się z nim umówić. Pośpiech, pośpiech i cholerna Moskwa. Nawet nie miał okazji porozmawiać z Borysem Makarowiczem na temat jego wizyty w archiwum.

Przez ostatni tydzień odwiedzał swoich dawnych podopiecznych. Zwerbował również kilka nowych osób. Mógł oczywiście posłużyć się telefonem, wezwać wszystkich do biura i załatwić sprawę jednego dnia, ale sześćdziesiąt trzy lata życia nauczyły go, że warto wejść do czyjegoś domu i warto pogadać o sprawach z pozoru tylko nieznaczących.

Kozaka i Monikę dopadł w Leningradzie... Blać! w Petersburgu. Używanie radzieckiej nazwy nie wywoływało entuzjazmu wśród jego pupilów. Monika, matka dwóch chłopaków, wiodła ustabilizowane życie u boku męża, średnio rozgarniętego i posępnego choć przyzwoitego typa. Ona sama wydawała się być zadowolona z tego co ma a z męża chyba nawet bardzo zadowolona. Michaiła odszukał w jakimś niezdrowym lokum. Facet był w kiepskim stanie. Jego wizyta okazała się być przykrym zaskoczeniem dla kilku osiłków, którzy nie zorientowali się w porę, że starszy pan dysponuje szybkością tygrysa i mięśniami ze stali. Chłopak będzie miał kolejną szansę a czy ją wykorzysta... przyszłość pokaże.

Elizawieta nie mogła sobie znaleźć miejsca. Dwukrotnie rozwiedziona, miała ustawiczne kłopoty z dziesięcioletnim synkiem, który temperament odziedziczył po mamie. Nie wiedziała, że prawdziwe kłopoty dopiero przed nią. Kręciła teraz z jakimś dziesięć lat młodszym facetem. Aż dziwne, jak jedna z mniej atrakcyjnych spośród jego pięknych pensjonariuszek, przyciągała młodszych od siebie. Miała w sobie to coś i tyle.

Z pozostałą piątką sprawa była bardziej skomplikowana. Musiał latać daleko za Ural. Władimira, chemika-informatyka, znalazł dopiero we Władywostoku. Jeden z chłopaków zginął w wypadku ale reszta, propozycję nowej pracy potraktowała jak otwarte wrota do raju.

- Co cię tak śmieszy? - Ostatnio przeszli z Borysem Makarewiczem na ty.

- Prezydent wydawał się lekko niezadowolony. - Odparł reprezentant Komitetu Sterującego.

- Powiedziałbym, że tylko nieznacznie zły ale za to bardzo zainteresowany.

- Masz szczęście. Poprzedni prezydent byłby na jego miejscu średnio zainteresowany ale za to bardzo zły. - Borys uśmiechnął się wymownie. - Czy zastanowiłeś się co mu tak nieznacznie pogorszyło humor?

- Szczerze mówiąc nie miałem na to czasu.

- Twoje piękne kobiety wydawały się dużo bardziej przejęte obecnością Stiepana Iwanowicza Bołdina niż obecnością głowy rosyjskiego państwa.

- Ostatnio interesowała cię inna piękna kobieta. Udałeś się nawet w tej sprawie do Jasijeniewa.

- Skąd wiedziałeś, że była piękna? - Borys siłą rzeczy musiał zachować dla siebie fakt, że archiwum jest ukryte poza jasinjewską siedzibą FSB.

- W bazie danych mieliśmy fotografię a poza tym... dziadek mi opowiadał. - Bołdin postanowił trzymać się wersji niepełnej - W końcu dowiedziałeś się czegoś?

- Czy wiesz dlaczego Katarzyna Pietrowna wyjechała? - Na pytanie, odpowiedział pytaniem.

- Tego Anatol Nikołajewicz mi nie zdradził. Przypuszczam, że sam nie wiedział.

- Ja też myślę, że gdyby wiedział to postąpiłby inaczej. Twój ojciec nie był jedynym dzieckiem Anatola Nikołajewicza.

* * *

Szum przysznica dobiegał z łazienki na poddaszu. Tym razem Stiepan Iwanowicz nie pomyślał o strumyczkach wody ociekających po zgrabnym ciałku. Nie pomyślał również, że właścicielka tego ciałka miałaby wielką chęć poczuć dotyk jego dłoni. To co usłyszał od Borysa Makarewicza, poruszyło go mocno. Wtedy w samochodzie odniósł wrażenie, że w jednej chwili znalazł się w innej rzeczywistości.

Potajemne schadzki Katarzyny Pietrowny i Anatola Nikołajewicza zaskutkowały tym, czym zwykle skutkują spotkania dwojga młodych, spragnionych miłości. Katarzyna Pietrowna zaszła w ciążę. Chociaż jej ojciec był bardzo dalekim krewnym domu Jusupowych, nie miał problemów ze znalezieniem sponsora na wyjazd córy marnotrawnej do Paryża a potem do Londynu. Rzecz jasna, wieść o ciąży panny Jusopow nie przedostała się do wiadomości publicznej. W roku 1911 przyszedł na świat syn Mikołaj. W tym czasie Katarzyna zajmowała się prowadzeniem domu niejakiego Eriksona vel Campbela vel coś tam jeszcze. Był Rosjaninem, jednak nie udało się ustalić prawdziwego nazwiska. Człowiek ten, de facto, reprezentował interesy wielkiego ruskiego rodu w imperium brytyjskim. Jak sie potem okazało, nie tylko takie interesy reprezentował. Katarzyna Pietrowna najpierw prowadziła dom a potem wprowadziła się do sypialni Eriksona. Pobrali się w 1916 i Nikałaj dorastał niczym w przykładnej rodzinie.

Wybuchła wojna, potem rewolucja. Katarzyna była pewna, że jej małżonek poświęcił życie Carowi i Matuszce Rasiji. W 1918 roku nie zawahała się kiedy przyszło jej jechać do Moskwy. Przekonana, że wiezie ważne dokumenty, które przyczynią się do pogromu Bolszewików, przedzierała się przez pogrążoną w wojnie Europę. Miała również nadzieję na wywiezienie matki i siostry z ogarniętego wojną kraju. Była bystrą dziewczyną. Zbyt bystrą. Na miejscu zorientowała się, dla kogo pracuje jej małżonek. Papiery, które przywiozła doprowadziły pod mur wielu ludzi. Siostra już nie żyła, jednak matkę rozstrzelano. Odeszła z tego świata ze świadomością, że ten, z którym dzieliła łóżko, wysłał ją na śmierć. Nie wiadomo ostatecznie jak zmarła, ale faktem jest, że pod koniec listopada już nie żyła.

Nicolaus Campbell dorastał pod czujnym okiem swojego ojczyma. Ten musiał mieć znaczny wpływ na młodzieńca, bo Nikałaj bardzo szybko zaczął wywiadowczą robotę dla nowej władzy. Talent do języków obcych odziedziczył po matce i... chyba po ojcu Anatoliju również. Udało mu się zahaczyć jako tłumacz w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych. W roku 1943 pojawił się w Teheranie na konferencji. Tam chyba jednak coś poszło nie tak bo wywiad jego królewskiej mości zaczął węszyć.

I jeszcze jedno. Pewna bardzo urocza archiwistka delegacji rosyjskiej, niejaka Tatiana Tymosiejew, zaszła w ciążę. Ojcem był młody tłumacz brytyjskiej ekipy. Nicolaus wrócił po konferencji do Londynu ale wokół panów Campbelów zaczęło się robić gorąco. Był jeszcze w Jałcie ale w Poczdamie już nie. W roku 1946 musieli zwijać interes. Nie wiadomo jakie informacje przekazał młodemu, przed śmiercią, stary Campbell. Latorośl Katarzyny Pietrowny wróciła przez Wiedeń do ojczyzny a stary strzelił sobie w łeb, w swoim londyńskim gabinecie. Takie zakończenie sprawy sugeruje, że jednak coś musiał mu powiedzieć o matce, coś, co odbiegało od oficjalnej wersji wydarzeń.

Nikałaj miał świadomość, że w Rosiji czeka na niego kobieta i ich trzyletni syn. Nie łudził się. Rok czterdziesty szósty to nie był dobry czas dla tych, którzy powracali z zachodu. Pani Tymosiejew (w międzyczasie Nikałaj przyjął nazwisko żony) wykazała się jednak dostatecznie dużym realizmem i siłą przekonywania. To dzięki jej sugestiom, małżonek siedział jak mysz pod miotłą przez prawie osiem lat i nie dane mu było uczestniczyć w sztandarowych budowach socjalizmu za kołem podbiegunowym. Jak to się mówi lepiej jeść biały chleb nad Morzem Czarnym niż odwrotnie. Państwo Tymosiejew dzieci więcej nie mieli, za to w roku 1964 ich syn Makary dorobił się pary bliźniąt. Dwóch chłopaków, Borysa i Anatola. Dziadek Mikołaj bardzo nalegał aby jeden z wnuków nosił imię Anatol. Wszyscy żyli w owym czasie w Leningradzie w miarę dostatnio i szczęśliwie. Inżynier Makary Nikołajewicz, robił karierę naukową. Rodzice Makarego przeszli pod koniec lat sześćdziesiątych na wczesną emeryturę, można się było domyślać, że dość wysoką a dzieci spędzały bestroskie lata.

Problemy zaczęły się w latach siedemdziesiątych, kiedy Makary, który w jakimś stopniu pracował dla KGB, zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej o swoich przodkach. Poza plecami rodziców, spróbował przez znajomych dotrzeć do archiwów służby bezpieczeństwa. Niczego nie osiągnął a narobił sporo zamieszania. Gdyby Nikałaj nie wyciągnął syna z kłopotów, mogło się to bardzo kiepsko skończyć. Później już nie wiodło się Tymosiejewom tak dobrze. Tatiana Tymosiejew zmarła w 1978 a w roku 1980 owdowiał jej syn Makary. W czasie, kiedy Borys i Anatol odbywali służbę wojskową wybuchła wojna w Afganistanie. Obaj znaleźli się w centrum walk. Ciężko rannemu Borysowi udało się ujść z życiem i wrócić do Leningradu. Jego brat już nie miał tyle szczęścia. Ciało Anatola pozostało na dalekim południu.

Dodatkowym ciosem była niespodziewana śmierć Makarego Nikołajewicza w katastrofie lotniczej gdzieś pod Władywostokiem, wkrótce po powrocie Borysa z afgańskiego piekła. Dziadek i wnuk zostali sami i stali się sobie bardzo bliscy. Dzięki osobie dziadka, Borys Makarewicz nie wspominał tego okresu najgorzej. Rozpoczynająca się pieriestrojka pozwoliła mu na opuszczenie armii i podjęcie studiów na politechnice w Moskwie. W roku 1989 u dziadka Mikołaja stwierdzono chłoniaka. Na jesieni zapadł na zapalenie płuc. Przed śmiercią zdążył jednak opowiedzieć wnukowi o tym, co przez lata ukrywał przed synem i żoną.

Kolejne rozczarowania miłosne sprawiły, że młody Tymosiejew zamknął się w sobie. Odnalezienie śladów po pradziadku i prababce, stało się jego obsesją. Nie było to łatwe zadanie. Dokumenty tyczące się Katarzyny Pietrowny spoczywały w niedostępnych archiwach KGB. Swojego pradziadka znał z imienia i z opisu przekazanego przez osobę trzecią. Wiedział, że w roku 1910 był studentem Moskiewskiej Akademii Medycznej i mieszkał w rejonie nieodległym od Pensji Lekurierów. Przez wiele lat, jego poszukiwania nie posunęły się do przodu. W życiu wiodło mu się niezgorzej. Wrócił do zdrowia, skończył studia, z armią wziął całkowity rozbrat. Na brak szczęścia również nie mógł narzekać. Jego zamiłowanie do skoków spadochronowych moglo się skończyć tragicznie a zaskutkowało jedynie nieskomplikowanym złamaniem nogi.

Zmiany jakich Matuszka Rosija doświadczała pod koniec lat osiemdziesiątych spowodowały, że Borys Makarewicz znalazł się w licznej ekipie związanej z Borysem Jelcynem. Jego wstrzemięźliwość w sprawach alkoholowych nie ułatwiała wspinaczki po szczeblach kariery. Przełom nastąpił w czasie puczu Janajewa. Ryzykując własną skórą, wyruszył w swoją misję życia. Był jednym z niewidocznych dla opini publicznej, którzy doprowadzili do tego, że Tulska Dywizja Powietrznodesantowa przeszła na stronę Białego Domu i pierwszego sekretarza moskiewskiego Komitetu Miejskiego Borysa Nikołajewicza. AFB przekształciło się w FSK a potem w FSB a każda reorganizacja niosła kolejny awans pana Tymosiejewa. W pierwszej dekadzie nowego stulecia czuł się już na tyle stabilnie, że rozpoczął kolejną historyczną kwerendę. Wytypował kilka nazwisk, potencjalnych kochanków Katarzyny Pietrowny. Szukał. Opowieść Stiepana Iwanowicza rozwiała ostatnie wątpliwości.

* * *

O małej Tani, Borys przeczytał w dokumentach Kronosa. Stiepan nie wywnętrzał się zbytnio w sprawach, które dotyczyły jego najbliższych. Wiedział, że po roku 1987 on i Natalia wzięli cichy ślub i zamieszkali wspólnie ze swoją przybraną córką. Wtedy też zbudowano dom przy dwóch skałach. Następne lata były dla nich bardzo szczęśliwe, pomimo że naukowa placówka kierowana przez Bołdina ustawicznie borykała się z wszystkimi problemami jakich doświadczał cały kraj w latach dziewięćdziesiątych. Natalia potrafiła stworzyć prawdziwy dom i doskonale radziła sobie w roli matki panienki, która była tylko jedenaście lat młodsza. Wiele wskazywało na to, że ich podopieczna zrobi furorę na konkursie imienia Piotra Czajkowskiego w 2002 roku.

Pomimo, że Stiepan Iwanowicz był w stanie wykazać się dobrymi wynikami badań nad czymś, co administracja nazywała z sobie wiadomych względów "pamięcią aktywną", jego instytut został w połowie lat dziewięćdziesiątych zamknięty. Sam dyrektor starał się jak mógł unikać konfliktów i intryg jakie panowały w skostniałej i niczemu już nie służącej strukturze Kronosa. Pod znakiem nabierającej tempa artystycznej kariery Tatiany i cichym (za przyzwoleniem władz) udziale Bołdina w przedsięwzięciu WJG, minęły ostatnie lata dwudziestego wieku.

Mała, nie było już dla Tatiany określeniem właściwym. Metr siedamdziesiąt dwa wzrostu, zgrabna choć nie przesadnie szczupła figura i kruczoczarne włosy stały się przyczyną niejednego utrapienia dla przybranych rodziców. Rozrywki jakie ofiarowywało miasto Moskwa były tyleż kuszące co niebezpieczne. Stiepan i Natalia z coraz większym smutkiem obserwowali jak ich pociecha, wciągnięta przez wicher świata, coraz bardziej się od nich oddala. Tania sprawiała wrażenie jakoby całkiem zapomniała o traumie z dzieciństwa, choć Natalia, osoba wyrobiona muzycznie twierdziła, że w tym co gra, można usłyszeć tragedię minionego czasu.

Tragedia współczesna do bólu wydarzyła się pod koniec roku dwutysięcznego kiedy Tatiana znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Pijany szaleniec wtargnął na skrzyżowanie zabijając oprócz siebie pięć osób, kasując kilka samochodów i przystanek autobusowy. Skutki dla dziewczyny były opłakane. Rozległe obrażenia wewnętrzne nie dawały wielkich szans na przeżycie. Nie wiadomo czy sprawił to kaprys losu, krótki pobyt w strefie czy palec boży, który zabłąkanym w różny sposób pokazuje niekiedy cel, do którego mogą podążyć. Po ośmiu dniach śpiączki stan dziewczyny zaczął się poprawiać. Poszarpana wątroba ożyła, pozszywane jelita zaczęły działać. Dopiero wtedy Stiepan i Natalia uzmysłowili sobie wszystkie skutki wypadku. Kręgosłup i czaszka były niepojętym zbiegiem okoliczności całe, ale lewa dłoń kwalifikowała się do amputacji. Dla kogoś, kto życie swoje związał z fortepianem oznaczało to dramat porównywalny z inwalidzkim wózkiem. Przez kolejne trzy lata trwała walka o wszystko. Operacja i rehabilitacja. Potem następna i jeszcze raz. Pułkownik Atanazy nie wahał się przed defraudowaniem kolejnych kwot na arcykosztowne zabiegi w szwajcarskich klinikach i najlepsze programy, które mozolnie przywracały sprawność zmasakrowanej ręce.

Zdarzenie odmieniło dziewczynę. Inaczej spojrzała na świat, kiedy ten już nie leżał u jej stóp. Dwa lata po ostatniej operacji wyszła za mąż. Początkowa niechęć Bołdina do swojego zięcia jakoś zanikła kiedy Tatiana urodziła dziecko. Mała Julia zupełnie zmieniła życie mieszkańców domu między dwiema skałami.

* * *

Po raz pierwszy od dziewiętnastu lat Borys Makarewicz siedział przy rodzinnym stole. Nie tylko Stiepan Iwanowicz uważał go za rodzinę. Mały jasnowłosy aniołek rezolutnie szczebiotał i wędrował z jednych kolan na drugie nie omijając kolan wujka Borysa. Opowieści, chwile zadumy i salwy śmiechu przeplatały się z dźwiękiem pianina. Tatiana już dawno zrezygnowała z kariery wirtuoza, ale jeżeli nie liczyć okresów zmiany pogody, jej lewa ręka była równie sprawna jak dawniej.

Ostatni akord Impromptu Szuberta wybrzmiał przez drzwi wychodzące na ganek, odbił się od wielkigo głaziska i utonął gdzieś pośród złocistych klonów. Koniec września był niezwykle ciepły. Popołudnie nie jest dobrą porą na grzybobranie ale dom Bołdinów, położony był na uboczu i istniała szansa, że nie wszystkie borowiki w okolicy zostały zebrane.

Płacze i kaprysy coraz częściej zastępowały dziecięcy śmiech. Czas na Julię nadchodził wielkimi krokami. Ledwo trzymała się na nogach. Zasnęła na rękach Tatiany kiedy ta, niosła ją do sypialni na poddaszu. Stiepan został na straży, podczas gdy reszta ruszyła w las.

* * *

- Brzydka mucha! - Julia machnęła gniewnie rączką, odganiając nieproszonego gościa. - Dziadzia weź muchę.

Stiepan Iwanowicz poukładał porozrzucane nuty, usiadł w fotelu i posadził małą na kolanach. - Mucha nie jest ani ładna ani brzydka. Jest taka jak być musi a jak przyjdzie czas, to mucha sama sobie pójdzie. - Popił lemoniady i postawił szklankę na stoliku.

Dziewczynka pokręciła główką. Patrzyła jak stworzenie hałaśliwie obija się o okienną szybę. Myślała intensywnie. - Mucha chce na dwór - Otworzyli okno ale owad ledwo zakosztował jesiennego powietrza, zaraz wrócił do salonu.

- Widzisz, mucha nie chce na dwór. A my chcemy do lasu, znaleźć grzyba, prawda. I poszukać mamy i taty.

- I babci.

- Babci też. - Starał się zachować powagę. Natalia awansowała w rodzinnej hierarchii. Najpiękniejsza i najatrakcyjniejsza dziewczyna pod słońcem, półtora roku temu została mianowana babcią i nie było przeproś. - Idziemy - Wyciągnął rękę.

- Jeszcze nie! - Pobiegła do gabinetu i wróciła z lalką na rękach. - A teraz mamusia ułoży dzidzi spać.

* * *

Głaz za domem całkiem już pogrążył się w cieniu. Iglica przy podjeździe tylko wierzchołek ma słońcem rozświetlony, niby latarnia morska, co blaskiem swoim, drogę zabłąkanym wskazuje. Dwie skały. Nadzieja z szaleństwem a szaleństwo z zachwytem, od wieków ludzkie pragnienia łączą, tęsknotę wywołują i do powrotu chyba nigdy kusić nie przestaną.

Dom stoi pusty, czeka na swoich mieszkańców. Każdy dom czeka na tych, którzy pragną do niego powrócić. Świerszcz ozwał się nieśmiało ale pomiarkował, że to nie wieczór jeszcze, że czas jego dopiero nastąpi. Światło jesiennego popołudnia zagląda przez okno, niby gość miły a oczekiwany. Na fotelu, na maleńkiej podzuszce, pod takąż kołderką, leży lalka, troskliwą rączką do snu ułożona.

Pianino zamknięte już i stosik kart nutowych, pośród najróżniejszych bibelotów, na wierzchu leży. Nie słychać śmiechu świerszcza. Trup muchy pływa w szklance lemoniady.

Lublin, Warszawa, Szczawnica 2012


Ostatnio zmieniony przez szczepantrzeszcz2 dnia Wto 19:59, 27 Lis 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin