Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział czwarty.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 12:56, 26 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział czwarty.

Zima 1984, gdzieś poza przestrzenią

Fiodor Michajłowicz zdążył się przyzwyczaić, że dotyk jego rąk odbiera dziewczynom rozum. Kobiety w strefie zaczynały dochodzić znacznie szybciej i znacznie gwałtowniej. Podniecały się natychmiast, ale orgazm łatwo nie przychodził. Doprowadzić damę do pełni szczęścia było trudniej niż w świecie realnym. Za każdym razem należało się solidnie napracować, ale kiedy panienka eksplodowała, traciła kontrolę nad wszystkim. Wysiłek zawsze okazywał się wart rezultatu.

Bezwzględne metody wychowawcze stosowane przez Starą, okazywały się równie przyjemne dla oka. Lidija spędziła jakiś czas na zachodzie Europy. Oficjalnie zajmowała się dydaktyką matematyki. Niosła kaganek radzieckiej wiedzy przed dekadenckim społeczeństwem Paryża i Lyonu. Nieoficjalnie wykonywała drobne zadania dla wywiadu. Jej nieokiełznany, sadomasochistyczny temperament doprowadził do klęski. Wpadka w tym fachu nie była wybaczana ale kobieta miała farta. Jurii Władimirowicz znalazł dla niej właściwe miejsce, gdzie w pełni mogła wykorzystać zarówno zalety swego ciała i umysłu, jak również przywary swego charakteru.

Dziewczyny bały się jej jak ognia ale zdanie Starej w sprawach damsko męskich było poza wszelką dyskusją. Zasady higieny przywiezione z kapitalistycznej Francji nakazywały czystość... w jamie ustnej również. Nakazywały starannie się golić nie tylko pod pachami. Fiodorowi szczególnie przypadł do gustu zapał, z jakim młode panienki dbały o dłonie i stopy.

Nie tak dawno przyjmowano do szkoły młody narybek. Pierwszy kontakt z Borysem Dermatologiem był dla nowoprzybyłych panien szokiem. Jego znajomy z dzieciństwa (obaj byli synami bardzo wysoko postawionych, zaprzyjaźnionych ze sobą osób) miał hopla na punkcie gładkiej dziewczęcej skóry. Miał również upodobania wzbudzające dużo mniejszy entuzjazm pośród żeńskiej części Internatu. Uwielbiał zadawać ból. Sprzeczne skłonności potrafił pogodzić w sobie tylko znany sposób. Bołdin bardzo szybko zastopował jego zapędy. Przed Dyrektorem wielu twardych facetów traciło pewność siebie. Borys musiał się pogodzić, że dziewczyny same decydowały, czy o ich zaniedbane ciałka zadba sadystyczny, młody lekarz czy nieco mniej sadystyczna nauczycielka matematyki, wspomagana przez usłużne koleżanki.

Co ciekawe Borys nie narzekał na zasady, które mu narzucono. Legendy i półprawdy o przypalaniu żelazkiem niesfornych pacjentek, o łaskotaniu do nieprzytomności, rozpalały wyobraźnię hiperpobudliwych pensjonariuszek i zawsze znalazło się kilka, skłonnych przeżyć makabryczną przygodę. Tym bardziej, że Profesor Lidija bynajmniej nie odnosiła się do Borki lekceważąco a i pogłoski, że sama nie raz już korzystała z jego radykalnych metod, robiły swoje.

Fiodor Michajłowicz musiał się po swoich indiańskich ekscesach, wyprowadzić ze szpitala na jakiś czas. Liczył na to, że w Internacie czeka go wyłącznie rozrywka. Przeliczył się. Na brak pracy nie mógł narzekać. Większość pensjonariuszy, zarówno chłopaków jak i dziewczyn, miała najczęściej niewidoczne dla laika, wady kręgosłupa, miednicy czy kończyn. Wszystko to z wiekiem stawałoby się coraz bardziej widoczne i uciążliwe. Fiodor, który po raz pierwszy w życiu nie był traktowany jak piąte koło u wozu, zabrał się do roboty ochoczo. Sam się temu dziwił. Mieszkańcy Błękitnego Kampusa bardzo szybko uznali go za swojego. Mieszkanki Lekurierowki... no, tu już sprawa była bardziej skomplikowana.

- Przebadałem wszystkie pięćdziesiąt cztery. - Po miesiącu raportował dyrektorowi wyniki pierwszych oględzin. - Dziewięć z nich zrobiło mi loda, zanim skończczyłem badanie. Więcej niż połowa chciała się kochać zaraz po.

- Nie obiecywałem wam, że życie w Internacie będzie łatwe. - Odparł dyrektor z kamiennym wyrazem twarzy.

* * *

Dziesięć dziewczyn w strojach gimnastycznych patrzyło na Fiodora wzrokiem, w którym nadzieja mieszała się z pragnieniem o tyleż drapieżnym, co nie uznającym kompromisu. Wiedziały, że zawsze wybierze jedną, która będzie mogła wejść pod jego prywatny prysznic przy pomieszczeniu dla trenerów i z którą będzie mógł zrobić wszystko. Jeszcze pół roku temu mógłby sobie pozwolić na zajęcia w niewielkiej grupce. Teraz nawet myśl taka nie powstała w jego rozrywkowym umyśle. Po pierwszych koloniach na wyspie, pojawiły się pewne obostrzenia, poparte usunięciem z Internatu tych, którzy nie wzięli sobie do serca "ascetycznych" reform Stiepana Iwanowicza.

Wybór, wbrew pozorom, był zadaniem złożonym. Trzeba było przestrzegać wielu subtelnych, nie zawsze jednoznacznie brzmiących zasad. Dyrektor potrafił narzucać ograniczenia w taki sposób, że wszyscy traktowali je jak własne. Nie mógł wybrać sobie dziewczyny, którą coś łączyło z innym facetem. Pomyłka przyniosłaby mu hańbę. Na szczęście, jego dobre stosunki z chłopakami dawały niezłą orientację w sprawach natury sercowo-towarzyskiej i pozwalały wybierać bez większego ryzyka. Od pewnego momentu było wiadomo, że Monika będzie tą szczęśliwą.

Na drabinkach wszystkie starały się stawać tak, aby tyłeczki mieć dokładnie na wysokości twarzy, Fiodora. Monika spróbowała inaczej. Weszła wyżej. Na wysokości twarzy prowadzącego znalazł się najbardziej podatny na łaskotki fragment, który można łatwo ukryć zginając nogę w kolanie i który jest tak bardzo wrażliwy na atak, kiedy się leży twarzą do ziemi a nogi są unieruchomione. Już samo sprowokowanie fizjoterapeuty aby dotknął, uważały za osiągnięcie. Monika osiągnęła pełny sukces, kiedy przez kilka minut łaskotał ją po drżących łydkach. Śmiała się swoim rozpaczliwym i zaraźliwym chichotem, usiłując za wszelką cenę ustać na drabinie. Dała za wygraną dopiero wtedy, kiedy poczuła jego palce na naprężonej skórze pod kolanami. Złapał ją na ręce. Czuła, że już go ma.

Do kanciapy szła na miękkich nogach. Z Fiodorem Michajłowiczem miało być pierwszy raz. W damskiej hierarchii był po Dyrektorze, na równi z Pietią a czasami przed nim. A co najważniejsze, zajęcia na sali były ostatnie. Potem już nie było lekcji i mógł to robić długo. Elizawieta i Kaisa mówiły, że lubi to robić długo.

- Zrobić wam tak? - Poruszyła prowokująco języczkiem. Zadziałało. Prawdę mówiła Stara. Trzeba robić tak właśnie. Faceci nie lubią jak się oblizujesz.

Zamiast odpowiedzi objął ją tak bardzo, ze straciła oddech. Jego ręce były wszędzie, a kiedy "porwał" jej usta poczuła, że odpływa.

- Chodźmy się wykąpać malutka.

Pod prysznicem myślała, że jej to zrobi, ale on zaczął całować ją tam niżej. Zaczęła płakać. Zwykle płakała dopiero, jak ktoś w nią tak dobrze wchodził a teraz od razu... i było coraz bardziej... Kiedy się wycierali już prawie ochłonęła ale to było tylko złudzenie, bo pod prysznicem to tylko bardzo chciała a potem to już musiała. Bardzo musiała. Popchnął ją na łóżko i zrobił to normalnie, tylko jakoś tak zupełnie do końca tak, że jej krzyk zamieniał się w szept i znowu w krzyk.

A potem leżeli i patrzyli się w sufit.

Kiedy Fiodor wstał i poszedł do łazienki to zrobiło się jej tak niespokojnie. A potem wrócił i usiadł w nogach łóżka. Położyła się na brzuchu i zsunęła trochę niżej. Palce u nóg zadarła nieco do góry tak, że skóra była lekko napięta. Wiedziała, że on to lubi, i że zaraz zacznie ją dotykać i łaskotać.

Krzyknęła!

Całował ją najpierw po piętach, coraz wyżej. Jej oddech przypominał szybkie jęki. Nie ruszy, żeby nie wiem co. Naprężyła się cała. Na początek tylko muskał ustami, ale jak doszedł do środka prawej stopy jego całowanie było już takie z języczkiem takie... strasznie nie do wytrzymania.

Jej ciało nie chciało się słuchać!

- Zwiąż mnie - dyszała ciężko ocierając łzy. Fiodor miał wprawę. Po kilku minutach leżała na stole, twarzą w dół, naciągnięta jak struna. Dziwny podwójny pierścionkek spinał duże palce u nóg. Kiedy przymocował to do uchwytu poniżej blatu, poczuła się w jego mocy i znowu zaczęło jej być... tam niżej.

Zaczął całować. W środek stopy. Krzyknęła ale teraz już nic nie mogła zrobić, tylko jej krzyk przeszedł w taki pełny ni to śmiech ni to płacz. I robił to coraz bardziej. Teraz palce miała na dole. Szedł do pięty a potem wyżej, coraz wyżej. Laskotał tak strasznie, że bardziej już chyba nie można było. Dopiero jak ją pocałował pod kolanami poznała że można, dużo bardziej i jeszcze bardziej. Bez końca.

Lato 1984, gdzieś poza przestrzenią

Wiancew, dyrektor kliniki stał na straconej pozycji. Przegrał przeważającą liczbą głosów. Jak łatwo ludzie poświęcali przyjaźń w imię czegoś, co nie było warte przyjaźni. Perspektywa awansu, ba wyjazdu za granicę, wystarczyła aby zmiękczyć i starych, z którymi lączyły go lata współpracy i młodych, jeszcze wczoraj zapatrzonych w słynnego onkologa jak w gwiazdę. Układy i układziki. Smród nieszczerych intencji i mściwej satysfakcji unosił się na sali. W takich chwilach Stiepan Iwanowicz żałował, że natura obdarzyła go umiejętnością wyczuwania emocji zwłaszcza, że nie było to konieczne. Wystarczyło spojrzeć na twarze i uśmiechy aby rozumieć sens tego, co się działo.

Bołdin po raz kolejny w historii projektu Kronos został zaproszony w roli rozjemcy czy prowadzącego zebranie. Nie, Dyrektor Internatu nie stanowił sam w sobie instytucji, jak o nim mówiono w strefie. Miał autorytet i trzymał się z daleka od konfliktów tego zamkniętego, hermetycznego świata. Jego rola przypominała raczej rolę starca, który na wiecach plemiennych potrafił doprowadzać zwaśnione strony do akceptacji jakiegoś stanu rzeczy, miast do szukania rozwiązania w rozlewie krwi. Wolność, której tak niewiele doświadczyli w realnym świecie, rodziła problemy. Nie potrafili sobie poradzić. A może właśnie potrafili? Może robili to lepiej niż dekadenckie, kapitalistyczne demokracje. Uśmiechnął się, choć nie było mu do śmiechu. Dziadek nauczył go innego patrzenia na świat, na ludzi, na to co myśleli i czuli. Widział rzeczywistość taką jaką widział, bez maski, którą próbowali mu nałożyć w szkole, w organizacji pionierskiej, w wojsku. "Stiepanie Iwanowiczu" - mawiał starzec - "nie łudźcie sie. Nie znajdziecie innych światów, lepszych, wolnych od fałszu czy ułudy. Wszystko co złe i co dobre, nosimy w sobie". - Zmarł we śnie i pewnie o wielu sprawach nie zdążył powiedzieć. Potem były studia, armia, oddziały specjalne, znowu studia, koszmar Wietnamu, praca w wywiadzie, doktorat. Zobaczył świat, ten piękny i ten brzydki, ten prawdziwy i ten zakłamany, ten otwarty i ten zamknięty. Miał rację Stary, miał cholerną rację.

Do szpitala zabrał ze sobą Fiodora. Skoro kiedyś tu zaczynał swoją karierę a teraz ponownie zaczął dzielić pracę pomiędzy Internat i projekt medyczny, jego obecność miała sens.

Już wczoraj, po kilku nieoficjalnych rozmowach wyczuwał paskudne uczucia. Fałsz unosił się na terenie szpitala i śmierdział jak przepełniona kloaka. Zwykła przyzwoitość, która przecież nic go nie kosztowała, nakazywała przekazać Wiancewowi swoje spostrzeżenia. Był mu to winien. Nie zmieniłoby to wyniku głosowania ale, może rozczarowanie i desperacja przegranego nie byłaby tak wielka. Zgoda, nie okazałby się szlachetnie-ku*wa-bezstronny, ale zapewne uniknąłby tego spojrzenia ponad salą. Spojrzenia z jakim zaszczute zwierzę patrzy w wylot lufy. Nic takiego jednak nie zrobił. Instynkt żołnierza, chęć nie rzucania się w oczy, czy może efekt stada. Wszedłeś między wrony, musisz krakać...

Teraz żałował, że dał się wmanewrować w paskudne rozgrywki, że pozwolił aby Fiodor partycypował w tej żenadzie. Chociaż to Wiancew go usunął z kliniki, ten bronił swego pryncypała jak lew. Cóż mogło znaczyć kilka głosów ludzi, stojących na samym dole hierarchii. Dobrze, że się chłopak nie ześwinił. Sam o sobie nie mógł do końca tak powiedzieć. Blać!

Wyszedł przed budynek tylnym wyjściem. Chciał zaczerpnąć świeżego powietrza i pobyć sam. Piękny letni dzień wyraźnie kontrastował z jego samopoczuciem. Na zapleczu stał UAZ ze znakiem miecza i tarczy. Ktoś z KGB brał udział w zadymie? Bardzo możliwe. Oddalił się w stronę ogrodu. Odgłos zapuszczanego silnika spowodował, że się odwrócił. Dwie postacie w cywilu, siedziały na przednich fotelach. Za kierownicą rozpoznał Watkina. Blać! Wyżej cenił tego faceta.

Na obiad poszedł późno, kiedy już można było mieć nadzieję, że kantyna będzie pusta. Jadł w samotności nie bardzo zdając sobie sprawę co wkłada do pyska. Po kilku minutach pojawił się kolejny amator spożywania posiłków w samotności. Amatorka. Zatopiony w myślach, zwrócił na nią uwagę tylko dlatego, że w drugim końcu sali coś ekspolodowało dzikim pożądaniem. Pożądaniem, jakim potrafi zapłonąć kobieta na chwilę przed spełnieniem. Podniósł wzrok. Brunetka o urodzie tyle dużej co wyzywającej. Gdyby była blondynką, powiedziałby o niej "typowa rosyjska piękność". Miał w Internacie kilka takich a każda, gdyby tylko palcem kiwnął, zrobiłaby absolutnie wszystko... i jeszcze więcej. Jego uwagę zwróciło co innego. Ostentacyjne znudzenie malujące się na twarzy. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Gotowała się w środku, ale wzrok mówił Bołdinowi co innego. Potrafiła udawać... jak żadna inna. Dokończył obiad i nie obejrzawszy się, wyszedł z kantyny.

* * *

Fiodor był niemile zaskoczony, kiedy dowiedział się, że dyrektor zmienia plany i zamierza pozostać parę dni. A jeszcze przed dwiema godzinami sprawiał wrażenie, że chce opuścić projekt medyczny tak szybko jak to tylko możliwe.

- Fiodorze Michajłowiczu, bierzcie Ładę i sami wracajcie do Internatu. - Perspektywa przejażdżki za kółkiem była dla młodzieńca atrakcją.

- Dyrektorze - uśmiechnął się - Siadam i jadę, tylko powiedzcie... co się takiego stało, że chcecie zostać.

- Fiedia, powiedz mi zupełnie szczerze, a tobie po co tak spieszno do Internatu?

- Dziewczyny były... no wiecie... trochę "ponadnormatywne" podczas ostatnich zajęć. Anuszka, Elizawieta i Katiuszka. Obiecałem, że dam im wycisk - mrugnął okiem porozumiewawczo.

Chłopak był szczery. Nie tak jak inni. Za to go lubił. - No widzisz. - Podjął temat. - A ja tutaj spotkałem taką kobietę... i... jeszcze niczego jej nie obiecałem.

Wybuchnęli śmiechem.

* * *

Rozpinała mu spodnie ustami i językiem z niebywałą sprawnością. Nie sądził nawet, że jest to możliwe. Podniecała go i czuł jej ekscytację ale była to ekscytacja "zwietrzała", mocno trącąca rutyną. Pomimo, że podniecenie nie ustępowało, zaczęło go to złościć. Dopiero kiedy wzięła do buzi, złość zastąpiły uczucia o wiele bardziej korzystne dla wzajemnych relacji. Kręciła młynek z dużym znawstwem. Jej powłóczyste spojrzenie miało go pobudzać ale... Cholera, nie potrafił tak! Jego zdolność wyczuwania emocji miała swoją drugą stronę. Klęczała przed nim i pracowała usilnie a on miał świadomość, że równie dobrze mogła by tkwić przy garach i obierać kartofle. Jego męskie ego wykluczało takie przypadki. Złapał dziewczynę brutalnie za ramię, zdzierając sukienkę. Wszedł w nią gwałtownie, od tyłu.

Zawyła.

- Skąd wiedziałeś? - Zapytała dysząc. Były to pierwsze słowa jakie zamienili.

- Wiedziałem.

* * *

Nie była zbyt rozgarnięta, chociaż miała nieprawdopodobną intuicję. Umiała go rozłościć. Przylał jej parę razy w tyłek. Efekt był piorunujący, jednak tylko w sferze tego, co Stiepan zdołał wyczuć. Dziewczyna się prawie gotowała, ale wyraz znudzenia nie schodził z jej twarzy. Była jednocześnie i ofiarą i igrała ze swoim prześladowcą, jak kot z myszą. Nie potrafisz, nie potrafisz! Mówiła oczyma. Płaszczyła się przed nim, doprowadzała go do szału ale słusznie zorientowała się, że dla niego to jeszcze nie wszystko, że wszystko będzie wtedy, kiedy to ona oszaleje a on, będzie panem jej rozkoszy. Gra się dopiero zaczynała.

Dopiero kiedy poszli na późny obiad, dowiedział się, że pracowała jako pielęgniarka na chirurgii. Nie lubiła swojej pracy. Była znudzona życiem i obojętna na wszystko. Pusta kantyna potęgowała nastrój zniechęcenia. Ożywiła się dopiero, kiedy powiedział, że musi wracać do Internatu.

- Co ty robisz w tym Internacie? - Ożywiła się, wykazując odrobinę zainteresowania. Zsunęła sandał i po chwili poczuł palce jej nogi, wędrujące wzdłuż uda.

- Sprawiam, że niegrzeczne dziewczynki robią się jeszcze bardziej niegrzeczne - zażartował, ale pomyślał, że w jego słowach jest sporo prawdy. Sięgnął pod stół i zaczął muskać palcami środek wypielęgnowanej stopy. Drgnęła, ale nogi nie zabrała. Zaczął ją łaskotać, od góry, od spodu, po kostkach. Naprężyła się. Łaskotki musiała mieć jak cholera ale jej wprawne paluszki desperacko wykonywały swoją robotę.

- Jak nie przestaniesz... zsikam się - jej głos zaczął się łamać.

- Nie przestanę a ty będziesz siedzieć tak długo jak ci każę - Poczuł jak się cała spręża. Podniecenie walczyło w niej z chęcią cofnięcia nogi. Skórę na kostkach miała równie wrażliwą. Po kilku minutach wydała z siebie bardzo ciche westchnienie. Nie, to nie było westchnienie. Raczej bezgłośny, desperacki skowyt. Pazurami zaczęła drapać blat stołu.

- Błagam... nie... nie tutaj - jej stopa nadal tkwiła między udami Bołdina - Stiepan... błagam... cho... chodźmy do mnie. - Przerwał. Ocierała łzy z oczu, rozmazując makijaż. Fasada obojętności zaczęła się kruszyć.

- Wszyscy na nas patrzą - szepnęła, kiedy szli przez teren szpitala do części mieszkalnej.

- Przeszkadza ci to?

- Nie. Tylko...

- Tylko co?

- ... nic.

Dalej szli w milczeniu. Weszli do niewielkiego, zadbanego mieszkanka. Wyposażenie pokoju było nader skromne. Łóżko za wąskie na dwie osoby. Sporych rozmiarów szafa, stół, trzy krzesła. Czwarte trochę uszkodzone stało w kącie. Na stole wazon suszonych, polnych kwiatów. Żadnych książek. W oczy rzucał się wielki rokokowy fotel. Półmrok, zasłony zaciągnięte. Atmosferę dopełniało dzikie pożądanie, unoszące się w ciężkim powietrzu upalnego, letniego popołudnia.

Nadia natychmiast zniknęła w łazience. Bołdin rozsiadł się w fotelu. Mocny solidny mebel. Chwila oddechu. Dzień roboczy, wszyscy powinni być w pracy, tymczasem wyczuwał, co się działo w sąsiednich mieszkaniach. Dźwięki przenikające przez cienkie ściany również mówiły co nieco. Członkowie projektu medycznego nie próżnowali. Uśmiechnął się. Po pięciu minutach szum wody ustał. Z łazienki wyszła naga. Znowu przybierała tę swoją obojętną pozę ale tym razem już jej nie wychodziło tak dobrze. Wpijała mu pazury w ciało i rozpinała zębami guziki koszuli i spodni. Chwycił ją jak przedmiot i ustawił przodem do fotela.

- Nogi pod poręcze - zakomenderował. Zorientowała się o co mu chodzi. Trzymał ją wpół. - Właź pod oparcie... razem z rękami - jęknęła i wykonała polecenie. Była równie giętka jak zgrabna. Ręce unieruchomił jej za głową kablem od lampki. Mocno przywiązał do oparcia fotela.

- Nie! - zawyła i szarpnęła się desperacko. - Puść! - Zdała sobie sprawę jak bardzo stała się bezradna. Oprawca uśmiechnął się, czując jak dzika ekscytacja miast słabnąć rośnie gwałtownie. Przylał w tyłek sterczący poza siedzisko fotela. Jęknęła gardłowo. Z kuchni przyniósł kolejny kabel i przymocował jej kostki do przednich nóg fotela. Jeszcze coś. Z łóżka wyjął poduszkę, złożył na pół i wsunął między plecy a dół oparcia. Takie rozwiązanie nieco psuło niezwykle ponętny widok, ale nie miał wątpliwości, że ofiara będzie się za chwilę miotać jak ryba w sieci. Nie chciał aby jej smukłe plecy pokryły się siniakami. Podszedł do fotela od tyłu. Wściekłość, uległość i oczekiwanie w podnieceniu malowały się na jej twarzy dokładnie tak, jak to wyczuwał. Już niczego nie udawała.

- Dotykał delikatną skórę pod pachami. Jego palce powoli wędrowały w kierunku nabrzmiałych piersi. Nie miała łaskotek. Delikatna pieszczota doprowadziła ją do szału. Mruczała i jęczała coraz mocniej. Przeszedł na drugą stronę fotela. Wypięła tyłeczek na tyle, na ile mogła. Jej starannie wygolona myszka była trudno dostępna, ale Stiepan przewyższał sprawnością przeciętnego człowieka. Wyła głucho i drżała kiedy w nią wchodził. Niczego już nie udawała.

Kiedy skończył, wyczuwał każdy centymetr jej pragnącego ciała. Z wazona wyłamał cienką łodyżkę. Patrzyła na niego dysząc ciężko. Jej tyłeczek poruszył się niespokojnie.

- Ani słowa - warknął. Zaczął w miejscu, gdzie plecy tracą na szlachetności ale zyskują na atrakcyjności. Miotała się bezradnie, usiłując stłumić jęki. Po kilkunastu sekundach znieruchomiała i eksplodowała głośnym, niepochamowanym rechotem. Długo wodził czubkiem trawki po napiętej pupie. Płakała i śmiała się jednocześnie. Była bezradna. Tylko jej zgrabne stopy rozpaczliwie miotały się na wszystkie strony. Przerwał po trzydziestu minutach, kiedy jej śmiechu nie dało się już odróżnić od płaczu. Zaczęłą go błagać, ale głos odmówił posłuszeństwa. Bełkot bezradny i rozpczliwy, zamienił się w cienki pisk a następnie w diabelski chichot, kiedy unieruchomił jej lewą stopę i opuszkami palców wodził po delikatnej, naprężonej skórze. Przekroczyła wszelkie granice. Po godzinie już nie czuł oporu. wodził palcami po nieruchomych, naprężonych podeszwach a głęboki niski śmiech brzmiał jednocześnie jak skarga i prośba o jeszcze. Przerwał.

Tym razem wchodził powoli i delikatnie. Konwulsje wstrząsały jej ciałem.

* * *

Niewiele odzywali się do siebie. Mową ciała zastąpiła słowa. Następnego dnia pod wieczór wymknęli się z terenu projektu. Brzozowy zagajnik dawał poczucie ukrycia przed wścibskimi, czasem zawistnymi spojrzeniami. Powietrze gorącej nocy wydawało się równie dzikie jak pragnienia. Nadieżda przytuliła się do białego pnia i przeciągnęła powoli, naga i kusząca. Stiepan Iwanowicz już nie był igraszką w jej rękach. To on mógł dać, mógł mieć ją bardziej, niż potrafiła sobie wyobrazić.

Lekko popchnięta upadła na wznak. Ręce nad głową a nogi rozsunęła szeroko. Związać, naciągnąć sznury. Bardziej! Więcej! Mocniej! Jeszcze! Zaczął swą powolną wędrówkę od pach i piersi. Niespiesznie wzdłuż boków.

Powolna podróż w nieskończoność.

* * *

- Stiepanie Iwanowiczu?

- Słucham Fiodorze Michajłowiczu - Lekki pogodny nastrój Dyrektora udzielał się.

- Chciałem się zapytać... Coś w końcu udało się obiecać?

Bołdin usiadł w pozie głębokiego zamyślenia - Nie udało się. Nie zdążyłem.

Jesień 1984, gdzieś poza przestrzenią

Grzmot rozległ się w oddali. Nadchodziła burza. Powietrze było ciężkie i nieruchome. Worki z wapnem leżały w nieładzie, pod gospodarczym pomieszczeniem instytutu fizyczno-chemicznego. Bałagan panował wszędzie. Bołdin usiadł na pniu zwalonego drzewa. Jeszcze wczoraj miał nadzieje na spokojne zakończenie tygodnia. Zastanawiał się nawet, czy by ponownie nie nawiązać kontaktu z Nadieżdą. Niecałe dwa miesiące kolonii na wyspie pozbawiło go złudzeń co do możliwości zatrzymania dziewczyny przy sobie. Nadieżda nie byla zdolna do życia w związku monogamicznym. Odpędził myśli. Za pół godziny rozpoczynał wykład o pamięci neuronowej. Chciał uporządkować konspekt.

Szluchtin. Przed paroma tygodniami został w projekcie nowym kierownikiem katedry chemii organicznej. Profesor Szluchtin, jak się przedstawił, delikatnie akcentując tytuł, zadzwonił wczoraj rano i zaczął usilnie namawiać do wygłoszenia odczytu. Konferencję organizowali fizycy. Szluchtin jako chemik był w tej sytuacji takim samym gościem jak on. Przybycie Bołdina z odczytem wywołało z początku konsternację. Pomysłodawca nie uznał za stosowne skonsultować swojej propozycji z kimkolwiek. Gdyby nie to, że Stiepan Iwanowicz był w Kronosie od samego początku, cieszył się sporym autorytetem i lubiano go powszechnie, wyszedłby na idiotę. Na szczęście skończyło się tylko na drobnych zmianach w porządku konferencji.

Zagrzmiało. Rozłożył teczkę i zagłębił się w papierach. Wyczuł czyjąś obecność. Nie zwróciłby uwagi na asystenta, ledwo parę lat starszego od jego wychowanków, gdyby nie głęboki żal, jaki wraz z asystentem pojawił się na zapleczu instytutu. Odruchowo skoncentrował się aby dokładniej rozpoznać emocje i ze zdziwieniem wyczuł, że żal odnosi się do jego skromnej osoby.

- Doktorze Bołdin, mogę przerwać na chwilę. - Kolejny grzmot, nieco bliżej, spowodował, że młodzian obejrzał się z obawą.

- Siadajcie - podniósł głowę z nad notatek. Chłopak zasypał go pytaniami z pogranicza informatyki i medycyny. Orientował się świetnie w temacie. Nadawał na tej samej fali. Rozmowa bez reszty wciągnęła ich obu.

Kolejny grzmot, całkiem blisko, sugrował by schronić się w pawilonie konferencyjnym. Wicher gwałtownie zamiótł liście a z wapno rozdartego worka, białą chmurą powiało na rozmówców. Blać! Jasny garnitur Bołdina mógł wyglądać gorzej, ale granatowy gajerek jego rozmówcy był w opłakanym stanie. Zdecydowanym krokiem ruszyli w stronę sali konferencyjnej.

- Cóż za nieszczęście spotkało naszego szanownego prelegenta? A i Władimir wygląda jakby znalazł sobie zajęcie bardziej właściwe. - W głosie Szluchtina dawało się wyczuć nieukrywaną radość. Dobroduszny wyraz twarzy brzuchatego specjalisty od związków białkowych, wyraźnie kontrastował ze słośliwą satysfakcją, którą Stiepan Iwanowicz wyczuł z daleka.

- Zastanawialiśmy się z kolegą - wskazał na asystenta - po co instytutowi tyle wapna. - Gruchnęła salwa śmiechu. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, deszcz lunął rzęsiście.

* * *

- Sami widzicie, doktorze Bołdin jak tutaj wszystko funkcjonuje. Zamawiamy cement, dostajemy wapno, zamawiamy to, dostajemy tamto. - Po drugim dniu konferencji Stiepan Iwanowicz przyzwyczaił się, że kłamstwo można wyczuć w każdym zdaniu Szluchtina i nie zwracał uwagi na to, co mówił mu szósty zmysł. Domyślał się, że talenty organizacyjne nowego szefa chemii organicznej pozostawiają wiele do życzenia. Konsekwencje takiego stanu rzeczy ponosić będą podwładni. Tego również był pewien. Czort z nim. Dużo bardziej intrygował go żal, jaki wyczuł u Władimira, swojego wczorajszego rozmówcy. Sprawa była tym ciekawsza, że w trakcie niefortunnie zakończonej dyskusji, żal zniknął i już się więcej nie pojawił. - Chętnie bym się zajął pracą w świecie realnym - kontynuował Szluchtin - ale starość nie radość a raka wątroby można wyleczyć tylko w strefie.

Bołdin przyjrzał mu się uważnie. No tak, żółte oczy, plamy na skórze, twarz jeszcze okrągła ale tylko patrzeć jak się zapadnie i wraz z postępem choroby charakterystycznie wydłuży. Kronos był jedynym miejscem, gdzie zmiany patologiczne ustępowały prawie zawsze a organizm wracał do normy.

- Macie zdolnego współpracownika profesorze. Władimir, kim jest ten młody człowiek? - Zorientował się od razu, że to pytanie sprawiło jego rozmówcy pewien kłopot. Słowotok którym zaatakował go chemik nie wniósł do jego wiedzy nic, poza informacją, że czas Władimira w projekcie dobiega końca. No cóż, pomyślał. Chyba jak zawsze najlepiej będzie zapytać wprost.

- Słuchaj Wołodia - zwrócił się do asystenta w sytuacji sam na sam. - Wczoraj, tam na tyłach miałeś do mnie żal. Powiedz o co.

- Koniecznie chcecie wiedzieć?

- Niczego nie muszę wiedzieć koniecznie. To dobra postawa przy zgłębianiu tajemnic natury. Najlepiej jest wiedzieć wtedy kiedy potrzeba - uśmiechnął się przyjaźnie - Jeżeli uważsz, że nie powinienem wiedzieć... to może masz rację.

- Nie, to nie o to chodzi. Sprawa jest głupia i trywialna. To ja miałem wygłosić ten odczyt.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

Problemy WJG rozwiązywały się wprawdzie powoli, ale wizyta w szpitalu przygnębiła go. Na pierwszy rzut oka można było przypuszczać, że Atanazy odzyskał przytomność. Próba rozmowy pozbawiała jednak złudzeń. Twarz miał zapadniętą, naznaczoną cierpieniem. Słowa, które z siebie wydobył, nie układały się w żadną logiczną całość. Skoncentrował się próbując wyczuć intencje chorego. Całkowity chaos myśli świadczył, że Pułkownik przebywa we własnym świecie.

Powrócił do pustego domu. Słońce ponownie zniknęło za chmurami. Zaraz zacznie padać. Przez chwilę spacerował po ogrodzie. Zatrzymał się przy iglicy, sterczącej obok podjazdu do garażu. Jego oczy błądziły po dziwnych wzorach, w jakie układały się kryształki granitu. Twarze, spojrzenia, fantasmagoryczne krajobrazy. Zawsze po pewnym czasie dochodził do wniosku, że wzory owe, to tylko wytwór jego wyobraźni, ale mimo wszystko przyjemnie było sobie popatrzeć i popuścić wodze fantazji.

Pierwsze krople deszczy zagoniły go do domu. Do roboty! Dzisiaj udało mu się przekonać odpowiednie osoby, że alarm podniesiony przez Puchaczewa nie jest czymś, czym należałoby się martwić. Liczył w tym względzie na Borysa Makarewicza ale ten nie zjawił się na posiedzeniu. Konferował z Zapiatowem i jeszcze z kimś. Bołdin domyślał się, że chodzi zapewne o Prezydenta. To dobrze, że Pierwszy Obywatel Wszechrosyjskiego Świata woli dyskutować z facetami, którzy mają coś do powiedzenia, niż bić pianę na spotkaniach Komitetu Sterującego. Sam sobie dał radę. Alarm odwołano i nawet nie musiał się zobowiązywać, że będzie jeździł po całej Rosji i osobiście uciszał wychowanków.

No ale Ilia Siergiejewicz nadal monitorował sieć i słał mu kolejne megabajty tekstu. Czort z nim. Lektura była zabawna. Ciekawe co pisały przez ostatnie dni. Nalał sobie lemoniady, odgonił muchę spacerującą po klawiaturze i włączył komputer.

Portal Anet; Komentarze po artykule z 2008-09-12

Kaisa12: Czy myślicie, że oni jeszcze tu są.

Ela z Moskwy: Już nie. Faceci się szybko zniechęcają a parę dni minęło.

MonikaK: Oj szybko się zniechęcają. A ja w końcu znalazłam takiego, który się nie zniechęcił Wink A mi też poczta padła. Napiszcie coś.

Kaisa12 do MonikaK [Cytat: ... parę pasków na tyłek w gabinecie Dyrektora to była pestka ...] trochę przesadzasz. Czasami bił strasznie. A jak nie chciałaś stać równo z wypiętym tyłkiem to przywiązywał do kozła i potem nosiłaś siną dupę przez tydzień. A jak mu się spodobało, to zanim dostałaś swoje paskiem, to sprzączką tego paska albo taką słomką jeździł Ci po bokach i po nogach... a spróbowałabyś się ruszyć. Mnie to na początku aż tak nie ruszało. Ja tylko po stopach mam cholerne łaskotki takie n i e d o w y t r z y m a n i a ! Smile A jak mnie łaskotał po bokach albo pod pachami to stałam grzecznie, trochę się zwijałam i śmiałam się do rozpuku. Potem dostawałam dziesięć razy i było po rybkach tyle, że jak się zorientował gdzie mnie naprawdę można ruszyć, to kazał mi się kłaść na krześle tak, że tyłek wystawał między słupkami oparcia a nogi sterczały pionowo do góry wzdłuż słupków. Stopy miałam... jak na patelni. No, wtedy to ani razu nie skończyło się na dziesięciu Smile. Oczywiście nie było mowy, żebym wytrzymała chociaż minutę. Od tamtej pory zawsze nosiłam te pierścionki na palcach u nóg. Jak już nie mogłam ruszać nawer palcami u nóg, Stiepan Iwanowicz doprowadzał mnie do szału jednnym dotknięciem a potrafił tak gilgotać jedno miejsce godzinę albo i dłużej.

Ela z Moskwy: Chichichi. Ciekawe, która z nas nie przerabiała krzesła Smile A poza tym, że ten pasek strasznie bolał, to sinej d. u żadnej z nas nie widziałam a pręgi znikały tego samego dnia. Ale z łaskotaniem po nogach to była rzeczywiście jazda. On na końcu tej sprzączki miał chyba ząbki czy taki... ja wiem... widelec. Potrafił doprowadzić do takiego szału, że potem to już wystarczyło dotknięcie albo... żeby pocałował i zupełnie rozum odejmowało. Kiedyś mi tak obrabiał pięty że zaczęłam go błagać... żeby już mi piórko w tyłek wsadził byleby mnie już nie łaskotał po piętach, a pamiętacie co wyprawiałam jak mi to chłopaki robili, z tym piórkiem.

Kaisa12 do Ela z Moskwy: Oj pamiętamy. Ale wsadził ci to piórko.

Ela z Moskwy: On mnie łaskotał tak, że dostałam drgawek i jeszcze więcej a dopiero potem wsadził piórko. Potem mi mówił, że wyłam i błagałam, że już wolę żeby po piętach. Przez tydzień przychodziłam do niego po lekcjach i była zabawa: pięty czy tyłeczek.

AnkaP do Ela z Moskwy: Ech, Tydzień to niezły wynik. Ja taki tydzień zaliczyłam kilka razy.

Kaisa12: Ja też.

VikaSyela: A pod koniec funkcjonowania Internatu to pojawiłą się taka Natalia. Przyszła do nas tak sponiewierana, że nie tylko my ale i chłopaki ją oszczędzały. I Nadieżda i spółka miała przykazane trzymać się od niej z daleka. A co ciekawe wszystkie bardzo ją lubiłyśmy ale Stiepan Iwanowicz chyba najbardziej Smile bo potem, po tych wypadkach to już była niczym jego lepsza połowa... no i ćwiczenia w dyrektorskim gabinecie przerwały się gwałtownie.

Kaisa12: O! To przykre Sad

AnkaP: Bardzo przykre. Stiepan Iwanowicz często mawiał, że wszystko co... się kiedyś kończy.

Karl do VikaSyela: [Cytat: ... potem, po tych wypadkach...] Po jakich wypadkach ?

Karl: A czego ta Wiga była taka niedobra... to znaczy dlaczego przeginała pałę?

Ela z Moskwy: O jest jeden wytrwały.

VikaSyela: Wiga była pomysłowa gadzina i sadystka straszna. Czasem mam wrażenie, że te cztery pręgierze i pięć stołów w kotłowni to ona wykombinowała. A z tymi termoforami to jeszcze miała takie dwa małe, połączone paskami. Zapinała je tak, że parzyło Cię pod pachami, po bokach i trochę zachodziło na piersi. Przywiązywała do stołu z rękami nad głową, bo tego to chyba nikt by nie wytrzymał i nalewała do termoforów wrzątku. Jak kiedyś zaczęłam jej kląć i bluzgać to postawiła mi gorący czajnik na udach i powiedziała, że weźmie świeczkę i przypali mi pięty. Potem powtórzyła jeszcze raz z termoforem. No a potem sympatyczni koledzy "leczyli" mnie przez następne kilka dni. (Cenzura) ja do dzisiaj mam łaskotki wszędzie.

Wielo do VikaSyela: [Cytat: ... te cztery pręgierze i pięć stołów w kotłowni to ona wykombinowała ...] Nieprawda. To było nasze rękodzieło Smile Dorobek kilku lat (że nie powiem kilku pokoleń Smile a najlepsze pomysły mieli Stiepan czyli Kumak i Adamkus. Zresztą, zanim nasze kochane rozmówczynie zaprosiliśmy do kotłowni po raz pierwszy, to testowaliśmy je przez dobry miesiąc na wszystkich panienkach w ośrodku. Na Księgowej i tych trzech, co w kuchni pracowały też. A najbardziej chętna do współpracy to była Stara. Diabła to ona miała wszędzie ale łaskotki, takie żeby wyłeźć ze skóry i stanąc obok to tylko pod pachami. Tak samo jak Margareta. Checheche! Vika gniewasz się jeszcze. A jak się gniewasz to może pamiętasz Adamkusa. Wink

VikaSyela do Wielo: Pamiętam i w przeciwieństwie do Ciebie bardzo dobrze go wspominam Smile

Ela z Moskwy: A ja wczoraj widziałam w telewizji jakiegoś ważniaka. Nie pamiętam, co to było. Mówił o jakichś bardzo mądrych sprawach, ale jakby mu odjąć dwadzieścia lat i zdjąć ten plaster z twarzy, to wypisz wymaluj nasz Kuma. Nawet głos podobny.

Wielo: Chyba już nie zrozumiem kobiet.

VikaSyela: A Felka to była szmata. Pamiętacie? Wtedy jak ją złapali. Wszystkie żeśmy do obiadu zasuwały po szyszkach pod czujnym okiem Starej.

Kaisa12: Nie wszystkie. Margareta i Marta zaczęły protestować Wink

VikaSyela: Zaczęły i Wiga kazała im iść razem z Felką do kotłowni. Chłopaki zafundowali im takie łaskotki, że chyba jednej i drugiej urwał się film. A Felka? Przez następne dwa tygodnie: najpierw termofor pod dupą, potem termofory pod pachami a potem żelazko, tak, żeby nie musiała się martwić czy wytrzyma czy nie. Chichichi... a pamietacie kubek, ulubioną zabawkę Nadii?

Ela z Moskwy: ... ulubioną zabawkę Wigii. Nadii to by się nie chciało wody zagotować. Ty się Wiktoria nie śmiej bo ciebie ta przyjemność spotkała raz a ja to taki kubek zaliczyłam u Borysa.

VikaSyela: O to się bardzo mylisz. Jak już Ty, Margareta i Kaisa poszłyście do Moskwy to ja podpadłam chyba bardziej niż Felka i też swoje dostałam. Ale i tak miło powspominać Felkę... że wreszcie i jej się noga podwinęła. Tyle, że ja to miałam już większy problem z tym kubkiem. Was to od razu sadzali w tym fotelu i kolana miałyście unieruchomione poręczami. Można się było drzeć i miotać na wszystkie strony a z kubek i tak się nie ruszył. A mi Borka kazał siadać na biurku bez żadnego przywiązywania. A jak kubek wypadł to wsadzał w fotel i zamiast jednego kubka przerabiało się trzy, a potem pięć. Potem "leczył", smarował jakimiś bajeranckimi kremami i łaskotał tak strasznie, że po kuracji mówić się nie dało. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć. Ból był nie do wytrzymania a bąble ani razu mi się nie porobiły. Ja to czasem myślę, że od tych kubków i termoforów to skóra robiła się bardziej wrażliwa na łaskotki.

Kaisa12 do VikaSyela: [Cytat: ... skóra robiła się bardziej wrażliwa ...] Na pewno. Margareta przecież na początku to tylko po bokach i pod pachami. Nogi miała niewrażliwe zupełnie. A na czwartym i piątym obozie to już wiła się prawie jak ja kiedy ją po stopach łaskotali.

MonikaK: I bardzo dobrze. Ja to się nie czułam porządnie sponiewierana jak było tylko od góry albo tylko od dołu. Ja to musiałam wszędzie.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

Stiepan po raz pierwszy od kilku dni się uśmiechnął. Gdyby chociaż połowa z tego była prawdą, musiałby posuwać swoje panienki dzień i noc bez przerwy, nie wyłączając niedziel i świąt. I tak przez pięć lat. Kiedyś podobnie opowiadano o Modiglianim. Po jego śmierci, wszystkie panienki bohemy przyznawały się do uprawiania miłości ze słynnym artystą. Ktoś wyliczył, że gdyby połowa z tego była prawdą, wielki Amedeo Clemente musiałby żyć ze dwieście lat a przecież nie dożył czterdziestki.

Za ten kubek wywalił Wigę na zbity pysk, zaraz po pierwszym obozie, jeszcze na jesieni w... osiemdziesiątym trzecim. Trzeba było. Reszta towarzystwa wtedy przystopowała. Potem Borys Dermatolog znowu zaczął to robić. Ciekawe, ile było w tym jego własnej inwencji a na ile, został sprowokowany przez swoje ofiary.


Ostatnio zmieniony przez szczepantrzeszcz2 dnia Pon 22:33, 26 Lis 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin