Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział drugi.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 14:22, 24 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział drugi.

Jesień 2008, Moskwa

Prywatną szkołę postawiono kilka lat temu. Jej podobieństwo do Błękitnego Kampusa nie ulegało wątpliwości.

Sentymenty, sentymenty.

Przez czas jakiś jeździł po okolicy, a potem jeszcze przez minutę siedział w samochodzie. Starał się wyczuć ewentualnego napastnika. Jeżeli nie liczyć ochroniarza, przyglądającego mu się uważnie od wewnątrz budynku, było czysto. Pracownik ochrony oczekiwał w napięciu, ale się nie bał. Wiedział. Nie niepokojony wszedł do sekretariatu.

- Pani dyrektor czeka. - Drzwi otworzyły się i niska zgrabna blondynka w okularach przewitała Bołdina słabym uśmiechem. Wyglądała na zadbane czterdzieści parę. Po dokładnym przyjrzeniu się, można było podnieść jej wiek do pięćdziesięciu. Nieliczni, tacy jak on wiedzieli, że Lidija dawno przekroczyłą sześćdziesiątkę. Jego pojawienie się wywołało u niej uczucie ulgi.

- Przytul mnie Stiepan. - Powiedziała kiedy zamknął za sobą drzwi. - Boję się.

Objął ją. - Opowidaj co wiesz.

Dobrą chwilę stali w milczeniu. Kobieta wyswobodziła się z jego ramion i wskazała na kanapę. Z barku wyciągnęła szklaną butelkę z lemoniadą. Skąd ona wytrzasnęła lemoniadę w szklanej butelce? Bez pytania podsunęła mu pełną szklankę. Zdała relację.

Zamach miał miejsce na stacji benzynowej przy ulicy Gorkiego. Opisała dokładnie okoliczności. Oba chłopaki z ochrony zginęli na miejscu. Dziewczyna trafiona w głowę zmarła wkrótce w szpitalu. Pułkownik dostał trzy kule. Płuca, żołądek, trzecia przeszła blisko serca. Stan krytyczny. Leży w klinice KGB pilnowany jak prezydent tylko... jakie to ma znaczenie. Najgorsze było to, że Pietia zniknął. Według tego, co się udało ustalić, został porwany. Kuma był w Londynie ale żaden z telefonów nie odpowiadał. Do centrali nie było sensu jechać. W biurowcu WJG nie ma osoby, z którą możnaby pogadać.

- Dziewczyna. To była ona? - Stiepan obawiał się najgorszego.

Stara skinęła głową. Pułkownik z wiekiem coraz bardziej przyzwyczajał się do ludzi. Nie pociągały go już luksusowe panienki do towarzystwa.

- Pojadę na Stolkino. Umówisz mnie.

Stolkino było jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście. Labirynt ruder i zaułków, w których co rusz znajdowano mniej lub bardziej zmasakrowane zwłoki. Stolkino było również miejscem, gdzie wiele korporacji ukrywało swoje drugie oblicze. Na przykład WJG, oficjalnie centrala handlu zagranicznego, z miejsca zwanego Stolkino kontrolowała sieć wysokiej klasy lunaparów i całą masę fabryczek produkujących podróby wszystkiego, na co w danym momencie pojawiła się potrzeba: od wstążek do włosów, po bezzałogowe samoloty szpiegowskie. Niektóre z fabryczek pełniły dodatkowe funkcje ale nie miały one związku z tak zwaną szarą strefą. Dodatkowe funkcje były domeną takich ludzi jak Stiepan Iwanowicz. Narkotyki i morderstwa na zlecenie nie interesowały Pułkownika. Handel bronią prowadził również bardzo ostrożnie i jak dotąd, zachowując pełną lojalność w stosunku do organów bezpieczeństwa. Wszystkie ścieżki prowadziły na Stolkino ale Lidiji nie przypadł ten pomysł do gustu.

- Twoi przełożeni nie będą chyba zachwyceni

- Moi przełożeni to jedenastu facetów, którzy mają problem z odpowiedzią na pytanie, po co to wszystko.

- Z kim mam cię umówić? Piotra nie ma. Kumy też nie ma. Nawet nie wiadomo czy żyją.

- Z tymi, którzy teraz tam rządzą.

- Możesz nie być mile widziany.

- Wiem.

* * *

Broń zostawił w domu i w pewnym momencie nie był pewien czy dobrze zrobił. Lufa pistoletu wbiła mu się boleśnie pod łopatkę a czyjeś wprawne ręce obszukały go starannie. Brak standardowych gadżetów u kogoś, kto znalazł się w jednej z podziemnych rezydencji, nie zaznaczonej w żadnych rejestrach merostwa miasta Moskwa, wywołał dodatkową falę podejrzliwości, zwłaszcza, że Bołdin był bardzo wstrzemięźliwy w swoich wyjaśnieniach.

Im dalej go prowadzono, tym brutalniej był traktowany. Najwyraźniej nikt nie wiedział kim jest. Dookoła wyczuwał nerwowość, nerwową nienawiść i strach. Zakuty w kajdanki, z zawiązanymi oczami, znalazł się wreszcie w pomieszczeniu, gdzie można było wyczuć zapach luksusu.

- Spierdalać! - Dobrze znany, dźwięczny głos, choć podszyty gniewem i bólem sprawił, że nieproszony gość poczuł się pewniej. Nie można było tego powiedzieć o jego eskorcie. Miał wrażenie, że otacza go sfora nauczonych moresu psów, które teraz kulą się przed kijem. Ktoś otworzył mu kajdanki. Sam ściągnął opaskę. Pietia nie wyglądał dobrze. Prawdę mówiąc wyglądał kiepsko ale żył i stał na nogach o własnych siłach. Ostatni członek eskorty opuszczał właśnie pokój. Pierwszy raz od zamachu, Bołdin się ucieszył. Ulga malowała się również na zabandażowanej twarzy jednego z największych twardzieli podziemnego świata.

- Stój spokojnie. Albo lepiej połóż się. - Lekarska rutyna wzięła górę. Widząc niewprawnie obandażowaną głowę i rękę na temblaku zrobionym z podkoszulka, Stiepan Iwanowicz zabrał się za oględziny. Pacjent nie protestował.

- Witkow proponował spółkę. Chciał naszymi rękami zorganizować uprawy. - Witkow był władcą moskiewskiego narkobiznesu. Pułkownik, z tego co wiedział Bołdin, odrzucił propozycję bossa a ten, postanowił rozwiązać sprawę, przejmując interesy WJG. A może ktoś chciał aby wszystko tak wyglądało?

- Nic nie mów. Potem. - Delikatnie zdejmował bandaże z głowy swojego wychowanka.

- Kuma się odezwał. Powinien dzisiaj przylecieć samolotem z Telawiwu. - mówił z trudem. Adrenalina spadała. Tracił siły. Rana cięta na prawym policzku była najmniejszym problemem. Lewa ręka? Kość na szczęście cała, ale nie wyglądało to dobrze. Najgorzej było z lewą nogą. Kula uszkodziła mięśnie. Potrzebny był chirurg. Pietia zdążył jeszcze wezwać jednego z typów, którzy tak niemiło przewitali Bołdina i rozkazał robić wszystko, co ten powie. - Kuma, trzeba chronić Kumę. - Mamrotał. Gorączka rosła. Pacjent odpływał.

* * *

Siedzieli we trzech. Składali obraz wydarzeń. Stiepan Kumakiewicz, oficjalny przedstawiciel WJG w Londynie nie dał się zaskoczyć. Kiedy po niego przyszli, wraz z żoną i trójką dzieci, siedział w pierwszym możliwym samolocie linii El Al Israel Airlines. Co ciekawe, w ciągu następnych kilku dni, nikt nie próbował destabilizować działalności WJG na terenie Zjedoczonego Królestwa. Żadnych zamachów. Chodziło wyłącznie o skalp Kumy. Piotra dopadli na parkingu apartamentowca. Porywacze mieli propozycję nie do odrzucenia i obchodzili się z nim przyzwoicie. Pietia wykazał się zupełnym brakiem uznania dla gościnności porywaczy. Nikt nie przypuszczał, że niepozorny czterdziestolatek, uważany w powszechnej opinii za typowego dandysa bez polotu, zostawi za sobą kilka trupów i dwanaście godzin po porwaniu, pojawi się w zakamarach Stolkino jako niekwestionowany następca Pułkownika. Nikt nie przypuszczał, że starszy pan, który zabłądził w niebezpiecznym rejonie, będzie doskonale wiedział jakie podjąć działania, by ewentualne próby dalszych zabójstw spaliły na panewce. Ktokolwiek chciał coś osiągnąć likwidując Pułkownika, zawiódł się. Teraz wszyscy, którym potencjalnie mogło grozić niebezpieczeństwo byli już dobrze chronieni.

- Dobry gangster, - ironicznie podsumował Kuma - nie chce się babrać w narkotykach. Zły gangster chce go do tego zmusić. Do jednego strzela, drugiego porywa. Gdzieś już o tym czytałem... i chyba film nawet oglądałem.

- Też nie wierzę w to, że Witkow pali się do współpracy z firmą. - Porównanie sytuacji do wydarzeń opisanych w "Ojcu chrzestnym" rozbawiło Bołdina. - Jeszcze trudniej uwierzyć, że zaryzykowałby strzelanie do Pułkownika. Dzisiaj wieczorem mam spotkanie z człowiekiem, od którego zarządam wyjaśnień.

- Pułkownik nie odzyskał przytomności. - Kumak zmienił temat. - Lekarze nadziei nie dają.

- Nawet gdyby z tego wyszedł, nie wróci już do roboty. - Bołdin odwiedził rannego i nie zamierzał owijać w bawełnę. - Ty Pietia teraz jesteś tutaj szefem. Pytanie jak w Korporacji potoczy się rozwój wydarzeń. To już nie od nas zależy. Być może zrobią tak, jak było dotychczas: ty jako oficjalny prezes, jacyś zastępcy, biura sekretariaty i całe to gówno a Kuma pozostaje w cieniu...

- Ciężko będzie zachować pozory. - Piotr zabrał głos. - Oficjalnie Kuma stał w WJG wyżej ode mnie. Być może dlatego, to jego próbowali zabić a mnie chcieli przekonać. Szkoda, że nie wiemy do czego? Teraz przez dwa tygodnie będziemy sprzątać. Witkowcy stracą kilku silnorękich, może się czegoś dowiemy. W was nadzieja Stiepanie Iwanowiczu. Co słychać u Tani? - Zmienił temat, jakby próbował się otrząsnąć po ponurych wydarzeniach ostatnich dni.

- Będę dziadkiem.

- Jesteście dziadkiem.

- Ale znowu będę dziadkiem. Za wcześnie mówić czy chłopak czy dziewczyna. Drugi miesiąc dopiero. Ciekawe jak Julia przyjmie braciszka... albo siostrzyczkę. - Uśmiechnął się na myśl o szczebioczącej złotowłosej trzylatce. Przezornie nie zapytał Kumaka o jego pociechy. Domyślał się, że ukrył rodzinę starannie, czekając na rozwój wypadków. Piotr był w bardziej komfortowej sytuacji. Nie miał dzieci, po drugim rozwodzie unikał trwałych związków jak ognia. Nie musiał nikogo chronić tylko... czy taką sytuację można było nazwać bardziej komfortową?

Traktował chłopaków jak własne dzieci. Do spółki z pulkownikiem nadzorował ich edukację na każdym szczeblu. Nauczyli się wszystkiego, czego potrzebował facet, aby pewnie poruszać się w świecie, który z dekady na dekadę coraz więcej wymagał od człowieka, stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Po raz kolejny okazało się, że nauka nie poszła na marne, tyle że... nie wszystkiego można nauczyć. Stiepan Kumakiewicz znalazł się w życiu a Piotr,ciągle szukał swojego miejsca na Ziemi.

* * *

Jego dom nie emanował już takim ciepłem jak jeszcze wczoraj. Jeden ochroniarz przebywał na poddaszu, drugi w ogrodzie. Zmieniali się dyskretnie co trzy godziny. Pustka dzwoniła w uszach. Wyszedł na zewnątrz. Zaczynało siąpić. Nadciągały jesienne chłody. Dwie skały stały na straży nie wiadomo czego. Nie było wiele do pilnowania. Wszyscy, o których musiał zadbać znajdowali się w bezpiecznym miejscu, daleko stąd.

Niepokoił go zapał Pietii, z jakim mówił o porachunkach z mafią Witkowa. Na odchodnym wytargował tyle, że nie podejmą żadnych działań, do czasu jego rozmowy z Borysem Makarewiczem. Wrócił do środka i włączył komputer. Puchaczew nie próżnował. Kolejna porcja tekstu czekała na niego w skrzynce. Nalał sobie lemoniady i odruchwo odpędził muchę, która zaczęła krążyć wokół szklanki. Ciekawe czego dzisiaj się dowie o swoich pupilkach.

Portal Anet; Komentarze po artykule z 2008-09-12

MonikaK: Oj Peta to miała przerąbane strasznie. Bardziej przerąbane to miała tylko Felka. No ale Felka po prostu kradła i przerąbane miała u Wigi, u Starej, u Nadii no i u nas wszystkich. A Peta? No... jakby to powiedzieć. Termofor pod tyłkiem przez następne trzy dni i kubek między stopami. Peta mówiła, że ostatniego dnia znowu nalała jej wrzątku ale, że za drugim razem to wytrzymała. Póżniej Wiktoria podpadła a potem to już tą durną Felkę wzięła w obroty.

AnkaP: Ja w zasadzie to dzisiaj myślę czasem, że to było OK, tylko Wiga to była swołocz pierwszej wody a i Nadii nie chciałabym spotkać.

Marlena do AnkaP: piszesz, że OK. To znaczy, że jak kilku pomylonych sadystów znęca się nad ludźmi to jest to OK? Wszystkie macie źle pod kopułą!

AnkaP: Jak tam nie byłaś, to co Ty możesz wiedzieć?

VikaSyela: Witam koleżanki. Dwadzieścia lat - kupa czasu. Świat jest mały. To ja - Wiktoria. Macie już maila z moim adresem? Bo ja nie mam potwierdzenia.

Ela z Moskwy do VikaSyela: Ja już mam.

MonikaK: Mam maila. Witaj Wiktoria. A co wy chcecie od Nadii? No może tyle, że Stiepan Iwanowicz bardzo ją lubił Wink

Ela z Moskwy: Stiepan Iwanowicz? Co za poufałość. Dla mnie Pan Dyrektor to Pan Dyrektor.

Marlena do AnkaP: Nie chcę Wam ubliżać ale wiem, że żaden facet nie ośmieliłby się ze mną tak postępować.

AnkaP: A ja nie mogę od wczoraj wejść do poczty.

MonikaK do Marlena: [Cytat: ... żaden facet nie ośmieliłby się ...] Twoja strata.

Karl: A czego ta Wiga była taka niedobra?

Kaisa12 do Karl: No jak to czego? Na kolonii mieliśmy trzy opiekunki. Wiga pracowała niedaleko Internatu w Instytucie Biologii. Stara czyli Lidija, to była nasza matematyczka. Tam w Internacie to chyba tylko Dyrektora bałyśmy się bardziej. Porąbane miała we łbie ale na studiach, to chyba nikt nie miał kłopotów z matmą. Nadieżda pracowała w klinice, była pielęgniarką i lała nas paskiem równo. A Wiga przerastała je wszystkie. Na szczęście one prawie się nie zajmowały nami tylko gziły z facetami - opiekunami chłopaków a i z samymi chłopakami też. Obiektywnie rzecz ujmując, Wiga była najładniejsza z nich wszystkich ale chyba coś miała nie tak, bardzo szybko została wyautowana z towarzystwa. Była wściekła jak diabli. Wyżywała się na nas i prowokowała chłopaków jak tylko mogła. Ja myślę, że Peta wyglądała najdojrzalej z nas wszystkich i Wiga widziała w niej jakąś konkurencję.

Ela z Moskwy: A w końcu Dyrektor wyrzucił Wigę.

MonikaK: Wiga widziała w niej jakąś konkurencję i przeginała pałę. A poza tym zapomniałaś o księgowej - też gadzina pierwszej wody.

Kaisa12: No tak. Ale księgowa to wstawała z kolan tylko wtedy jak jej kazali przynieść wódę z lodówki Smile

Ela z Moskwy do Kaisa12: No niezupełnie. Raz wstała zbyt wcześnie Smile Wtedy co złapała Felę z tą dychą. Cholera, wszystkie miałyśmy wtedy przerąbane.

MonikaK: Ale Felka najbardziej. I powiem Wam, że dzisiaj wcale mi jej nie żal.

Ela z Moskwy: No i jak wróciłyśmy do Internatu to Dyro wywalił ją na zbity pysk.

Kaisa12: A mnie potem wysłali na dwa tygodnie do Kacetu. I Fiodor Michajłowicz przychodził codziennie wymierzać mi karę Wink

Marlena: Gdzie wyście do cholery mieszkały? Jak was słucham to mam wrażenie, że to była jakaś karna kolonia.

MonikaK do Marlena: No bo to była karna kolonia... Prawie karna kolonia. To był taki dom dziecka, do którego przysyłali tylko naturalne sieroty i to takie, które nie miały wogóle opiekunów. Stiepan Iwanowicz czyli Dyro był kiedyś jakimś wysoko postawionym funkcjonariuszem... Zmalował chyba coś, bo go zesłali w takie miejsce, że... degradacja kompletna ale wysoko postawiony był nadal. On chyba jeździł po obwodach Moskiewskim, Włodzimierskim i naszym Riazańskim - wybierał małolaty, które mu się podobały. Mógł wszystko, a my nie mogłyśmy nic. Zresztą w Internacie to był komfort wielki, w porównaniu z tymi innymi domami. Dostawałyśmy nie wiadomo skąd, paczki z ciuchami takimi, że mózg stawał. Czysto, dobre żarcie, wypasiona sala gimnastyczna, basen, bania taka, że w Moskwie to dopiero po dwutysięcznym roku można było do takiej pójść. Tylko wychodzić nie można było do miasta. Ale za to był Błękitny Kampus i chłopaki. A poza tym gdzie indziej wcale lepiej nie było. We Włodzimierzu to podobno "fala" szła za "falą", że krew stygnie. Te które do nas trafiły z Włodzimierza, opowiadały takie rzeczy, że parę pasków na tyłek w gabinecie Dyrektora to była pestka. Tak więc te obozy, to nie było nic wielkiego. Zwłaszcza dla mnie, dla Eli, Kaisy i Marty, bo one rok wcześniej też zaliczyły taki obóz. Potem jeszcze były chyba ze trzy obozy i jakoś chętnie wszystkie jechałyśmy. A, i był jeszcze Kacet, taka karna kolonia, prawdziwa. Na samo wspomnienie skóra mi cierpnie.

Kaisa12: A ciuchy to rzeczywiście były... odlot pełny. Tylko szkoda, że nawet do Riazania nie można było wyjechać.

Ela z Moskwy do MonikaK: [Cytat: ...one chyba rok wcześniej zaliczyły już jeden taki obóz ...] Zapomniałaś o Margaret. Dla niej i dla Marty to był drugi obóz a dla nas i dla Kaisy trzeci. Ale i tak, otrzęsiny najlepiej zapamiętałam z tego pierwszego Wink

AnkaP: Czy to prawda, że najgorzej było na pierwszym obozie.

MonikaK do AnkaP: I tak i nie. Dyrektor się wkurzył po pierwszym obozie i paru chłopaków wyleciało wtedy z Internatu.

Kaisa12 do Ela z Moskwy: [Cytat: ... otrzęsiny najlepiej zapamiętałam z tego pierwszego...] Ja się nie dziwię.

Wachcho do Ela z Moskwy: [Cytat: ... chyba rok wcześniej zaliczyły już jeden taki obóz ...] To dlaczego otrząsali was po raz drugi. Coś to się kupy nie trzyma. Przecież to Ty powinnaś otrzącać te, co były tam po raz pierwszy.

Karl: No i widzicie jak się Wachcho wciągnął do dyskusji

Wachcho do Karl: [Cenzura]

Wielo do Wachcho: Na naszych obozach były zupełnie inne reguły Smile Otrzęsiny były dobrowolne Wink Żeby się poddać otrzęsinom, dziewczyna sama musiała przekroczyć "bramę cierpienia". Niby żadnej nikt nie zmuszał, ale jak już przekroczyła bramę to nie wolno się było wycofać. Ośmiu chłopa i respekt budzące opiekunki czy raczej "opiekunki" potrafiły tego dopilnować. Poza tym takie nieotrzęsione, wylatywały... poza nawias i wcześniej czy później, każda przechodziła przez bramę. W Internacie to mieliśmy czasami tyle do zakucia, że nie wiedzielićmy za co się łapać. A na obozach k-wa wolność! Dyro daleko. Jewita-przyzwoita daleko. Wszyscy mieliśmy taki "poegzaminacyjny zespół dnia następnego" więc otrząsaliśmy dziewczyny tak dokładnie, jak tylko można Smile W pierwszym sezonie trwało to przez trzy dni, w drugim cztery a w trzecim chyba z tydzień. Nie licząc późniejszych dożynek.

Kaisa12: [Cytat: ... otrząsaliśmy dziewczyny tak dokładnie jak tylko można ...] Oj Borys, Borys. Można było lepiej ale Ty się słabo starałeś.

Marlena do Wielo: A Ciebie bohaterze nikt nie otrząsał? Niedobrze mi się robi na samą myśl o takich damskich bokserach.

Wielo do Marlena: Dziewczyno, tam panowały zdrowe reguły. Facet na górze dziewczyna na dole Smile Dziewczyny też nas otrząsały i to jeszcze jak. Pierwszego dnia robiliśmy im pokrzywy i półsłupek. Oczywiście majtek dziewczynom nie oddawaliśmy tylko od razu marsz do kotłowni i to szybko bo drapały się po tych pokrzywach wszędzie. Strach je było tak zostawiać Wink Kotłownia to też nie była jakaś dziura tylko dwa eleganckie pomieszczenia i trzy następne jeszcze głębiej w piwnicy. Tam nawet boazeria była na ścianach. Lodówka z trunkami no i oczywiście nasze Cheche... "meble klubowe". Te wszystkie badziewia co oglądam na filmach to pikuś w porównaniu z naszymi pręgierzami. Nawet półsłupek pozwalał unieruchomić kochane pensionariuszki tak, że mogły się co najwyżej zsikać a te urządzenia w kotłowni to była wyższa szkoła jazdy. Jak sobie popijasz koniak a przed tobą siedzi taka Kaisa i nie może się ruszyć a ja mogę wszystko, to znajdź takiego, który by coś z tym nie zrobił. Zabawa kończyła się naszymi otrzęsinami. Każda właścicielka majtek, żeby dostać je z powrotem musiała zrobić porządnego loda temu, który miał jej majtki. Takiego porządnego loda z połykaniem. Oj było zabawy a i tak, połowa szła na obiad bez majtek. One po drodze mówiły, że nic do ust nie wezmą a myśmy ryczeli ze śmiechu... zwłaszcza, że nie widziałem aby która apetyt straciła. Po obiedzie, te co się rano zsikały i te, które nie odzyskały majtek, lądowały w półsłupku i powtarzaliśmy otrzęsiny a te najlepsze szły do kotłowni i tam graliśmy w salonowca dopóki nie wróciły te z półsłupka. Wtedy te otrzęsione mogły sobie poświczyć na tych, które jeszcze nie zdały egzaminu. A to był tylko pierwszy dzień...

Ela z Moskwy: Borys, jeszcze słowo o salonowcu i ja się wyloguję! [Cenzura] są granice przyzwoitości.

WikaSyela: Uciszcie jakoś tego barana bo i ja skończę dyskusję.

AnkaP: A ja kończę dyskusję. Borys przesadziłeś trochę.

Karl: No widzisz chłopie i podpadłeś.

* * *

Karl: I zapadła jakaś niezręczna cisza. Ciekawe dlaczego?

Kirow9 do Wielo: I zrobiłeś nam wszystkim krzywdę. Teraz już tylko mail zostaje.

Jancew do Wielo: A następnego dnia to co było?

Karl: No widzisz i wszystko ucichło. Nawet Wachcho.

Wachcho: Wachcho też zmarkotniał. O co one tak się obraziły?

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

Uśmiechnął się ponuro. Felka musiała im nieźle zaleźć za skórę skoro tak dobrze ją pamiętały. Śliczna wrażliwa dziewczynka na zewnątrz a w środku pusta, zimna kanalia. Rozpoznawał takie na pierwszy rzut oka a wtedy się pomylił. Kilka razy się pomylił. Dokładnie w dwóch przypadkach jeżeli chodzi o chłopaków i w pięciu, jeżeli chodzi o dziewczyny. "Prawdziwa kobieta... nic nie wiesz na pewno" mawiał dziadek i jak zwykle miał rację. Swój błąd w przypadku Felicji odczuł szczególnie dotkliwie, bo sam dał się wodzić za nos, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co mówił mu jego szósty zmysł. W ten sposób zamiast po trzech miesiącach, baba wyleciała z Internatu po półtora roku, zostawiając po sobie więcej kwasu niż wszystkie pozostałe przypadki razem wzięte.

Za to uwaga o Fiodorze przychodzącym do Kaisy, do kacetu i wymierzającym jej "karę" ubawiła go szczerze. Nie tylko to. Sprawdzały się jego słowa tyczące fantazji jakie z czasem powinny pojawić się na forum. Fantazje pojawiły się i na pewno nie był to szczyt możliwości jego pupilek. Był pewny, że z kolejne wpisy będą jeszcze ciekawsze. Najbardziej ujął go styl wypowiedzi. Ciekawość i ekscytacja. Pisały jak typowe osiemnastki. Do licha. Przecież większość z nich, już przekroczyła czterdziestkę. Prawie wszystkie skończyły studia. Miały rodziny, ustabilizowane życie. Tęsknota za czasami młodości przejawiała się niekiedy w sposób nieoczekiwany.

Z zamyślenia wyrwał go szum dwóch silników pod bramą posesji. Wyczuł charakterystyczne "echo" kilku uzbrojonych facetów. Niepokoił się tylko przez chwilę. Na pewno nie przyjechali sobie postrzelać.

Kolejna wizyta Borysa Makarewicza odbyła się w asyście znacznie liczniejszej niż poprzednio. Tym razem uprzedził telefonicznie, co było podyktowane bardziej rozsądkiem niż kurtuazją. Dało się zauważyć pewną nerwowość, zarówno wśród ochrony samej posesji jak i wśród goryli eskortujących członka Komitetu Sterującego.

- Domyślam się, że macie więcej pytań do mnie niż ja do was.- Rzekł w progu, zdejmując mokry płaszcz. Lało jak z cebra. Wystarczyło kilka kroków od auta do drzwi i na terakocie zrobiła się niewielka kałuża. Stiepan Iwanowicz puścił gościa przodem. Otworzył barek. Miał sporo pytań i był zadowolony z takiego postawienia sprawy, jednak rozmowa szybko zaczęła przybierać zły obrót.

- Wasza wizyta w Stolkino była złym pomysłem. - W zmęczonym głosie urzędnika nie było wyrzutu tylko stwierdzenie faktu. Jego podkrążone oczy świadczyły o tym, że w ostatnich dniach, snu zbyt wiele nie zaznał.

- Ktoś uderza dokładnie w tych co trzeba, aby sparaliżować WJG. Zna strukturę organizacji, zna słabe punkty. Moja znajomość z Pułkownikiem nie była tajemnicą dla tych, którzy chcieli coś osiągnąć. Mnie nikt nie próbował zabić. - Liczył na to, że dowie się co chcieli osiągnąć napastnicy. Teoria o próbie przejęcia nieformalnych struktur organizacji i o planach produkcji marihuany, wydała mu się teraz jeszcze mniej prawdopodobna, niż podczas rozmowy z chłopakami.

- Nie zamierzamy opowiadać całemu światu o tym, jak finansowany jest Projekt Kronos. Sprawę Pułkownika i przyszłości korporacji musicie pozostawić innym. Straciliście zaufanie do Firmy?

- To Firma nauczyła mnie ograniczonego zaufania. Do siebie samej również. Dlatego popełniłem błąd. - Nie było sensu się usprawiedliwiać. Jeżeli Borys Makarewicz miał czyste intencje, to miał również rację co do tego, że nawiązanie kontaktu było kiepskim rozwiązaniem. Stolkino, domena w której przecinały się interesy KGB i świata przestępczego nie należała do miejsc, w których cywilny pracownik projektu powinien się znaleźć. - Z drugiej strony proszę się zastanowić. - postanowił zagrać w otwarte karty - Ktoś atakuje instytucję wykorzystywaną jako przykrywka dla wielu komórek badawczych projektu. Kilka godzin później, całą wierchuszka idzie w odstawkę. Czy jesteście pewni, że macie kontrolę nad przebiegiem wydarzeń? - Nie można było zadać pytania bardziej wprost. Dyrektor obawial się, że jego rozmówca za chwilę wybuchnie gniewem. Wyczuwał złość. Ku jego zaskoczeniu Borys Makarewicz uśmiechnął się wyrozumiale.

- A czy nie prościej przyjąć, że dymisja komitetu była naturalnym skutkiem zamachu? Działaniem podjętym w celu uniknięcia eskalacji konfliktu. - Spojrzał pytająco na Bołdina. Ten po raz kolejny ze zdziwieniem stwierdził, że słyszy prawdę. Postanowił drążyć temat.

- Konflikt w łonie egzekutywy projektu?

- Wy powiedzieliście. Ale te podejrzenia są słuszne. - Dodał po chwili namysłu. - Przez ostatnie kilka dni przeczytałem wiele raportów. Zeznania osób, które świadomie lub nieświadomie przebywały w strefie. Konflikty, jakich doświadczaliście wewnątrz, były również udziałem członków Komitetu Sterującego. I jak w każdym konflikcie, wcześniej czy później, ktoś sięgnął po pełnię władzy. Nic w tym dziwnego. Wcześniej czy później zawsze ktoś spróbuje sięgnąc po władzę. Zastanawia mnie inna kwestia. Skąd się wzięła idea, aby w ten wasz wirtualny świat wprowadzić zasady zachodniej demokracji? Nie mam tu na myśli projektów militarnych czy Internatu, ale projekty naukowe. Czy ktoś myślał, że w ten sposób osiągnie sukces?

- Jurij Władimirowicz miał różne pomysły. Też się nad tym zastanawiałem i czasem przychodzi mi do głowy, że była to decyzja podyktowana pragmatyzmem. Osób wewnątrz nie dało się nadzorować z zewnątrz. Wszelkie informacje o tym co się wydarzyło w strefie pochodziły z raportów i pomijając wykrywacze kłamstw, nie było metody, aby je zweryfikować. Zapewne myślał, że projekty zorganizowane w takiej właśnie formie będą łatwiejsze do kontroli, że zadziała jakiś instynkt grupowy, który narzuci normy postępowania.

- Jeżeli tak myślał, to się musiał rozczarować.

- Niezupełnie. Jego tok rozumowania był prawidłowy. Popatrzcie na Internat. Tam udało się osiągnąć solidarność grupową. Chłopaki i dziewczyny czuli się częścią czegoś większego, czegoś na czym im zależało. Oni byli w stanie wiele poświęcić w imię tego czegoś. Czytaliście raporty Ilii Puchaczewa - przerwał na chwilę widząc lekki uśmiech na twarzy Borysa Makarewicza. - Tam jest wiele przesady ale oni nie kłamią. Zaspokajali swój popęd ekstremalnie spontanicznie, bez zahamowań, w sposób, który zwłaszcza dla dziewczyn nie zawsze był do przyjęcia. I co? Można by rzec mało elegancko ale prawdziwie: pchały się jak ćmy do ognia. Zwróćcie uwagę jak po dwudziestu latach o tym piszą.

- Dla nich był to okres szczęśliwy. Pozazdrościć. Sam chętnie zamieniłbym swoją młodość na taką jak w Internacie. Ale projekty naukowe to przecież same konflikty. Tylko i wyłącznie konflikty, wzajemne podgryzanie się a potem jeszcze ta afera, morderstwa. Lepiej wiecie ode mnie. - Machnął ręką.

- Kiedy okazało się, że ponieśliśmy porażkę, Jurij Władimirowicz już nie żył. Ale przed śmiercią zdawał sobie sprawę, że była to błędna droga.

- A waszym zdaniem co było przyczyną?

Bołdin nie odpowiedział. Patrzył jak mucha wędruje po blacie biurka. Kiedyś, dawno temu, przyjemność sprawiała mu myśł, że nie zabija, że pozwala żyć. Potem, bardziej fascynująca wydawała się sama obserwacja, patrzenie na to, jak stworzenie dąży do czegoś, zgodnie z odwiecznym prawem natury. To, że nie był panem życia i śmierci przynosiło ulgę, nie satysfakcję. Teraz czuł na sobie wzrok Borysa Makarewicza, wyczuwał cień rozbawienia i lekkie napięcie. Był pewien, że jego rozmówca zastanawia się nad tym, jaki będzie los owada, który nieświadom zagrożenia zasuwał w stronę kieliszka koniaku.

Wstał. Mucha poderwała się i zaczęła krążyć wokół żyrandola. Dyrektor podszedł do okna. - Zbyt małą wiedzę czerpiemy z tego co nas otacza. - Mówił cicho, bardziej do siebie. - Próbujemy narzucać normy, prawa, zasady, których jedynym wyróżnikiem jest to, że są inne niż dotychczasowe. Prawodawca czerpie satysfakcję z tego, że jest prawodawcą, kimś ważnym dla innych a kwestia dobrego lub złego prawa ma znaczenie drugorzędne. Sędzia czuje się panem losu posądnego tak jak kat, panem losu ofiary. Odkrycie naukowe jest o tyle istotne, o ile przyniesie pieniądze, podziw i uznanie. Radość z odkrycia się nie liczy. Widzicie jak łatwo znaleźć przyczynę problemu. Trochę gorzej z rozwiązaniem. Ja nie mam pojęcia jak to wszystko powinno było wyglądać. Mogę sobie gdybać. Historia pokazuje, że dla tego samego zagadnienia zawsze istnieje kilka rozwiązań dobrych i złych. A my wszystko sprowadzamy do tego, aby jedyną słuszność zagarnąć dla siebie.

Sączyli powoli koniak. Plucha za oknem i tyrada Bołdina wprowadziły nastrój melancholii i zniechęcenia. Pierwszy otrząsnąl się, jak to określał Dyrektor, przedstawiciel "facetów którzy mają problem z odpowiedzią na pytanie po co to wszystko".

- Wróćmy do rzeczy. Trzeba powstrzymać WJG. Żadnego odwetu. Organizacja Witkowa wycofa się ze swoich żądań. Wsadzą łby w piasek i będą grzeczni, niczym wasze panienki w Internacie. - Zaśmiali się. Ostatnie porównanie najwyraźniej Borysowi Makarewiczowi nie wyszło. Po chwili dodał - Nie sprowadzamy konfliktu do tego, aby jedyną słuszność zagarnąć dla siebie.

- Kto ma powstrzymać WJG?

- Po to właśnie przyjechałem. Zapiatow chce się z wami widzieć.

Tym razem, Bołdinowi nie udało się ukryć zaskoczenia.

* * *

Po kilku dniach deszczu, przez chmury zaczęło przedzierać się słońce. Pracował respirator. Przypomniały mu się wydarzenia sprzed ośmiu lat. Tylko wtedy zamiast starego człowieka, na łóżku leżała młodziutka dziewczyna, której cały świat zawlił się w jednej chwili. Odegnał złe wspomnienia. Krople płynu kapały rytmicznie jakby odmierzając czas, który pozostał rannemu. Pułkownik Atanazy był przytomny.

- W Komitecie Sterującym konflikt zamienił się w otwartą wojnę. Z tego co udało mi się wywnioskować ktoś, niekoniecznie z własnej woli, wyjechał do Niemiec i zaczął powoli sączyć informacje o Kronosie. Jak na razie nie wyszło to poza portale zajmujące się tajemnicą i sensacją. - Leżący w łóżku człowiek potrzebował wyłącznie spokoju, ale Bołdin czuł, że informacje, które przekazywał, budzą resztki gasnącego życia. - Wszystkie ślady prowadziły do WJG. Ktoś inny próbował zagrać rolę sprawiedliwego i rękami Witkowa posprzątać bałagan. Witkowcy spieprzyli zadanie, a Kuma wybrał się z roboczą wizytą do Reichu i przywiódł synów marnotrawnych na łono ojczyzny.

- Kto? - Wyszeptał Atanazy.

- Kolażew z Komitetu Sterującego i dwóch panów z Bio-techno. Kolażew nie żyje a przywiezieni w poczcie dyplomatycznej panowie, byli bardzo rozmowni. Właściwie to jedynie Wasyl i Zapiatow wyszli z twarzą po tym wszystkim. Jak znam życie, teraz zbierają owoce. Rozmawiałem z Zapiatowem...

- WJG? Co z korporacją?

- Piotr pełni funkcję prezesa. Kuma działa w tle.

- To źle. Kuma ma rodzinę. Kuma powinien być zastępcą Piotra. Stolkino nie jest miejscem dla niego.

- Chcesz, żebym znalazł kogoś na miejsce Kumy?

Pułkownik skinął głową. Mówienie przychodziło mu z trudem. Próbował zebrać siły, ale senność brała górę.

- Stiepan. - Wyszeptał. - Czy wierzysz, że jest tamta strona... że po tamtej stronie...

Bołdin nie zdąłył z odpowiedzią. Szkoda. Przez ćwierć wieku swojej znajomości, o sprawach ostatecznych nie rozmawiali nigdy. Nie chcieli? Bali się? Dzisiaj Stiepan Iwanowicz miałby coś do powiedzenia ale pacjent już spał.


Ostatnio zmieniony przez szczepantrzeszcz2 dnia Sob 16:08, 02 Sie 2014, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin