Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział pierwszy.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 14:18, 24 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział pierwszy.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

Niewiele można zobaczyć w środku nocy, kiedy las ukryty w ciemności, wiedzie swój żywot tajemny, niedostępny dla ludzkich oczu. Ot droga asfaltowa, prosta niczym cięcie szablą na ciemnozielonym dywanie puszczy. Od drogi wiedzie podjazd do bramy metalowej, solidnie kutej i dalej, aż do niewielkiego domu parterowego, z dachem ostro w dół schodzącym tak, aby śnieg częsty w tych stronach nie zalegał na dachówce, jeno osuwał się na ziemię. Po lewej stronie podjazdu wznosi się na kształt wieżyczki, iglica skalna, wysokością okien poddasza sięgająca. Za domem kolejny ślad po lodowcu, kamień potężny, średnicy metrów trzech. Jedynie najroślejsi, z góry nań spoglądać mogą. Ile w głąb matki ziemi skały owe sięgają, nikt nie wie. Sto lat temu więcej ludzi w miejscu tym żyło. Więcej też skał podobnych i jeszcze dziwaczniejszych, można było spotkać a i legend rozmaitych w owym temacie usłyszeć. Potem przyszły inne czasy. Ludzie dotąd w zgodzie żyjący, jedni na drugich nastawać poczęli, przed rozlewem krwi się nie cofając. Doszło do tego, że cała kraina opustoszała i lasem zarosła. Po nich inni, władzę w kraju dzierżący, zaraz domki niewielkie, do wypoczynku i innych uciech ciała przeznaczone, wznosić poczęli. Skały owe prochem i młotem kruszyli a kamień precz wywieźli tak, że te dwie jeno pamiątki po czasach najdawniejszych się ostały.

Cisza w domu zalega. Jeszcze wieczorem świerszcz śmiał się radośnie i ogień na kominku trzaskał wesoło. Stary żyrandol dawno nie rozświetlał wnętrza, bo żarówki w nim przepalone a gospodarz światła padającego z góry nie lubi. Wszelka jasność od dwóch lamp, na dębowych komodach stojących, pochodzi. Zacne, choć staroświeckie w formie swojej dwa fotele, ciemnoczerwonym suknem obite i kanapa do foteli pasująca. Trzeci fotel przy komodzie stoi a po drugiej jego stronie stojak staromodny, gazetami i magazynami kolorowymi wypełniony. Fotelami i kanapą otoczony dębowy stolik a na wprost na ścianie telewizor zawieszono. Na lewo od telewizora dębowy kredens a nie opodal kredensu pianino Bechsteina. Przedmiot, który rzadko spotkać można a jeszcze rzadziej osobę grającą na nim usłyszeć. Tutaj jednak ktoś zapewne grać musiał, bo wieko uniesione i karta z nutami na otwartej pokrywie stoi.

Na podłodze leży gazeta, rozłożona. Jeden róg podwinięty, jakoby ktoś w złości czy desperacji papier na podłogę rzucił. Na drugiej stronie, wielkimi literami, tytuł o zamachu na prezesa spółki WJG pozwala domniemywać, że choć czasy pokoju przed wielu laty nastały, ludzie nadal są skorzy do mordu, tak samo jak w latach wojny i jeno srogość rządzących, przed jeszcze większą zbrodnią wydaje się ich hamować.

Na stoliku szklanka wypełniona w trzeciej części zwykłą lemoniadą taką, jaką w wiejskim sklepie dostać łatwo. Mieszkaniec tego domu, choć bogaty i w świecie bywały, nie wyzbył się zamiłowania do napitku, który jeszcze dzieckiem będąc smakował.

Na ścianie, nad kominem siedzi mucha. Wieczorem swoim bzyczeniem natrętnym, ze śpiewem świerszcza szła w zawody aż w końcu i ją sen ją zmorzył.

Śpi dom cały, ziarno maku w otchłań świata rzucone.

* * *

- Stiepanie Iwanowiczu! Stiepanie Iwanowiczu! - Głos w słuchawce wyraźnie zdradzał niepokój mówiącego.

Bołdin jeszcze chwilę sprawdzał aparaturę uniemożliwiającą podsłuch. Długo nie mógł zasnąć. Jego instynkt nakazywał czuwać. Kiedy w końcu zapadł w płytką drzemkę, zadzwonił telefon.

- Puchaczew, jest druga w nocy. - Rzucił głosem opanowanym, choć miał prawo być wkurzony.

- Niedobrze Stiepanie Iwanowiczu. Wypuściliśmy ptaszki z klatki i znowu zaczynają ćwierkać. W firmie zrobi się gorąco.

Puchaczew odpowiadał za monitorowanie Internetu. Bołdin zawsze uważał, że dysk jest znacznie cierpliwszy niż papier i nie przejmował się zupełnie rewelacjami publikowanymi na portalach. Wszystko można zdyskredytować i nie jest ważne, czy wiadomość jest prawdziwa czy nie. Westchnął. Szansa powrotu do łóżka była niewielka.

- Anet! Znaleźliśmy na Anecie artykuł a potem dyskusję. - Puchaczew kontynuował pobudzonym głosem. - Artykuł nie jest istotny, ale dziewczyny z Internatu zaczęły się wywnętrzać w dyskusji pod artykułem. Cholera, przecież to może...

- Słuchaj Ilia. Z ich punktu widzenia minęło dwadzieścia lat. Internatu nie ma, nigdy nie było i nie jest to żadna oficjalna wersja tylko fakt. Fakt! Ilia Siergiejewiczu...

- Ale tym razem zaczęły podawać szczegóły, konkrety i... i suki przeklęte, nawet nie ukrywają się pod żadnymi... nikami czy pseudonimami tylko walą kawa na ławę, wszystko tak jak było.

- Co było Durak? Czyś ty z rozumu zszedł? Po pierwsze nie mów o nich suki, wiesz, że tego nie lubię. Po drugie rusz głową: leżały podpięte do tej cholernej aparatury, tak samo jak ty i ja. Większość z nich żyje tylko dlatego, że eksperyment miał miejsce. Wszystkie mają się dobrze a jeżeli nie mają się dobrze, to i tak mają się znacznie lepiej niż ...

- Ale miały siedzieć cicho! - Głos w słuchawce zapiszczał i przeszedł w chrypkę a Bołdin uśmiechnął się kwaśno, kiedy sobie wyobraził podskakującego, pobudzonego grubaska. - Rok temu 028A i 02CD zaczęły coś opowiadać i to nie w sieci tylko zupełnie... towarzysko. Od razu zrobiło gorąco. Przecież wy sam wtedy z nimi... rozmawialiście.

02CD to Marta a 028A... Margareta. Tak Margareta. Uśmiechnął się. Uznany moskiewski lekarz - chyba jeszcze atrakcyjniejsza niż wtedy w Internacie. Była mocno przestraszona jego wizytą, ale kiedy mówiła o ponoszeniu konsekwencji, to nie miał wątpliwości, co miała na myśli. A Marta? Ta była gotowa na wszystko i wcale tego nie ukrywała. Nie przejmowała się zupełnie swoją niedyskrecją i to chyba sprawiło mu największą radość. Marta żyła pełnią życia. Skończyło się na dwóch ekscytujących rozmowach, choć ze strony Bołdina był to nie lada wysiłek. Patrzył im w oczy jak dawniej i miał świadomość, że wystarczy jego jeden gest a dzikie, bezgranicznie wyuzdane pożądanie weźmie w nich górę. Pierwszą odwiedził Martę i opuszczając biuro projektowe, nie miał wątpliwości, że ta wybuchnie płaczem, jak tylko zamknie za nim drzwi. Potem Margareta, jak zwykle małomówna, rzuciła mu na odchodne: "Tęsknię Stiepanie Iwanowiczu... za wszystkim".

Puchaczew podnosił już trzeci czy czwarty alarm. Bołdin nie widział żadnych powodów, dla których dziewczyny miałyby ukrywać swoją przeszłość. Przecież ta przeszłość nie istniała. Bołdin był jednak w swoim poglądzie odosobniony. Wierchuszka projektu Kronos miała w tym temacie zupełnie inne zdanie. Woleli dmuchać na zimne a on, miał świadomość, że ci, którzy nad nim stoją, są w stanie wydać rozkaz likwidacji. Ktoś wczoraj strzelał do Pułkownika. Nie wiadomo czy żyje. Nie wiadomo, czy oprócz Pułkownika zginął ktoś jeszcze. Z bełkotu, jaki podały gazety i telewizja wynikało, jak zawsze , tyle samo. Czy z pozoru niewinny telefon Puchaczewa może mieć z tym związek? Trzeba to wiedzieć na pewno. Otrząsnął się z ponurych myśli. Przekroczył sześćdziesiątkę i coraz trudniej było mu działać z wrodzoną sobie energią. Teraz czeka go kolejna przepychanka. Może nawet gorsza od innych.

- Do rzeczy Ilia. Masz coś dla mnie.

- Tak, dwa pliki. Pierwszy, wielki jak ch*j, zawiera Artykuł i całą dyskusję, z najgłupszymi wpisami i z błędami włącznie. W drugim, wybrane tylko te wątki, które mają jakiś związek ze sprawą. No i poprawiłem ortografy, bo ciężko było czytać. Niektórzy kiepsko sobie radzą, zwłaszcza ta AnkaP. Checheche - zarechotał radośnie. - To chyba nasza Anuszka Pietrowna. Co? Teraz chłopaki pracują nad trzecią wersją. Pełną.

- Pełną?

- Tak. Będzie zawierać te opisy, które cenzura uznała za stosowne pominąć. Z reguły najsmaczniejsze kąski. Będzie gotowe za jakieś dwie godziny.

- Bez odbioru. - Rzucił z zawodową rutyną włączając komputer. Popatrzył na zegarek. Druga trzydzieści. Niepokoił się. Przemógł nieodpartą chęć wykręcenia pewnego numeru telefonu. Nie! Kilka lat temu sam ustalił procedury. Po to, żeby ich przestrzegać. Do roboty. Ten krótszy artykuł na początek.

Portal Anet; Artykuł z 2008-09-12

Skandal na koloniach w Kirmach

Nie milkną echa głośnego skandalu. Redaktor jednego z dzienników ujawnił, co się działo cztery lata temu na kolonii w Kirmach (obwód Riazański). Bestialstwo to zbyt łagodne określenie. Przyzwyczajeni do opisów słynnej "fali" w wojsku, w dalszym ciągu zadajemy sobie pytanie, co pchnęło młodych ludzi do takiego traktowania swoich koleżanek.

Jak wynika z niepotwierdzonych na razie informacji, uczestniczki kolonii w wieku 12-17 lat, pod pozorem czegoś, co nazywano "otrzęsinami" były przez kilkanaście dni poddawane niezwykle brutalnemu traktowaniu. Chłostanie pokrzywami po całym ciele, czy chodzenie na kolanach po szyszkach, należało do najłagodniejszych z całego repertuaru. Ofiary regularnie zmuszano do rozbierania się do naga i do wykonywania czynności seksualnych. Zrozumieć nie można, dlaczego cały ów proceder, trwał niemal dwa tygodnie.

Nie udało się zatrzymać wszystkich opiekunek i opiekunów obu grup. Upłynęły cztery lata i miejsce zamieszkania niektórych z nich nie jest znane. Niewiele informacji przekazuje również policja i prokuratura, zasłaniając się tajemnicą śledztwa i dobrem poszkodowanych. Tajemnica śledztwa wydaje się tym bardziej uzasadniona, że w niektórych przypadkach ofiary nie osiągnęły jeszcze wieku dojrzałego.

Proszący o anonimowość lekarz z przychodni w Miedreje zeznał, że cztery lata temu kilkukrotnie udzielał pomocy osobom płci żeńskiej w wieku ok. 15 lat, które zostały przywiezione do ośrodka. Dziewczyny te, po odzyskaniu przytomności, składały bardzo niejasne oświadczenia. Ich zachowanie wskazywało na niezwykle silne przeżycia a znaki na ciele, mogły sugerować lekkie oparzenia. Żadna z domniemanych ofiar nie wspomniała ani słowem o złym traktowaniu. Jedynym śladem w dokumentacji lekarskiej były cztery recepty na maść przeciwko oparzeniom.

Jak udało się ustalić, na obozie przebywało czternaście pensjonariuszek domu dziecka pod opieką trzech wychowawców i ośmiu chłopców z moskiewskiego liceum ogólnokształcącego. Zarówno personel domu dziecka jak i nauczyciele w liceum, odmawiają jakichkolwiek informacji w tej sprawie.

Wasze komentarze (4476) Napisz komentarz
najnowsze | wątki | moje


Ela z Moskwy: Było jest i będzie

[Cytat: ... Chłostanie pokrzywami po całym ciele czy chodzenie na kolanach po szyszkach należało do najłagodniejszych z całego repertuaru...]

Ja pamiętam bardzo dobrze swoje obozy z lat osiemdziesiątych. Chłostanie pokrzywami po gołym tyłku w obecności rozochoconych chłopaków to był standard. Jak któraś z nas się za bardzo darła to dostawała trzy razy tyle a jak nie chciała stać równo to koledzy przytrzymywali a ten, co wymierzał karę, wsadzał jej pokrzywę między nogi i przeciągał kilka razy. Ból był taki, że można było od tego zwariować. A potem był tak zwany półsłupek. Trzeba było klęknąć przed "mistrzem ceremonii", i podnieść ręce do góry. Oni wtedy wsadzali pod podkoszulek, od dołu, długą pokrzywę, końcem do góry i powoli wyciągali ją przez rękaw. Mało która, dała radę to wytrzymać. A spacerowanie na kolanach po szyszkach... ja w czasie jednego obozu musiałam codziennie zasuwać na kolanach po takiej dziesięciometrowej "bieżni". Ale i tak najgorsze były łaskotki.

Jancew do Ela z Moskwy: A ten mistrz ceremonii to miał potem coś z tego ? Wink

Wachcho: A moją siostrę to UFO porwało do swojego latającego talerza i tam też ją łaskotali.

AnkaP do Ela z Moskwy: O kurczę. To mamy bardzo podobne doświadczenia. I zgadzam się, że najgorsze były łaskotki, chociaż na moich koloniach było parę takich sympatycznych koleżanek, które chyba wolałyby już łaskotki, pokrzywy czy szyszki. Fantazja chłopaków i tej swołoczy, co się nami opiekowały nie miała granic. A półsłupek to nie był "za karę" tylko każda musiała to zaliczyć. Różnice polegały na tym, że te, które chcieli bardziej sponiewierać, miały to robione po kilka razy w czasie kolonii... Ja nie pamiętam takiego przypadku, żeby któraś z nas to wytrzymała. Przywiązywali tak, że się nie można było ruszyć i przeciągali po pięć pokrzyw z każdej strony.

Ela z Moskwy do Jancew: Wink Co cię to obchodzi... że miał?

Ela z Moskwy do AnkaP: Bo oni po takich pokrzywach to nie pozwalali się drapać a spróbuj się nie drapać, jak cię wszędzie swędzi tak, że można się wściec. Ja po nogach to jeszcze mogłam wytrzymać, choć wyłam strasznie i naprawdę ciężko było. Ale taka pokrzywa pod ubraniem to już nie było żadnej siły - ręce się nie chciały słuchać. Oni wtedy brali do starej kotłowni i albo wsadzali nas w pręgierz albo przywiązywali do stołu, żeby się nie drapać. W sumie to mieli rację, bo jak się drapie po tych bąblach, to potem swędzi jeszcze gorzej i znacznie dłużej. Tylko te cholery jak cię już przywiązały to potem łaskotali tak strasznie, że nie wiem. Do pokrzyw można się było przyzwyczaić a do łaskotek to ja się nie przyzwyczaiłam i już nigdy nie przyzwyczaję.

Wachcho: Ja się pytam gdzie wtedy byli rodzice?

Jancew do Wachcho: zamknij się palancie. Nie widzisz, że dyskusja nabiera tempa.

Jancew do AnkaP: Mnie to ciekawi, co oni tam musieli wyprawiać, że dziewczyny miały oparzenia. W jakieś średniowieczne tortury się bawili czy co. Przecież na pokrzywę, to zdrowy człowiek się uodparnia w dwa-trzy tygodnie. Po pewnym czasie, to nawet bąble nie wyskakują.

Kaisa12 do Jancew: Ja to jestem pewna, o co chodzi z tymi oparzeniami. U nas na koloniach to były takie dodatkowe kary jak się coś przeskrobało, chociaż pamiętam, że często to i za niewinność można było solidnie oberwać. Te babska, co nas pilnowały, to powinny na Gestapo robić karierę a nie na koloniach. Jak przyłapały na... no zresztą nieważne na czym, to przywiązały potem do krzesła tak, że się nie można się było ruszyć a w majtki wsadzały termofor. Potem nalewały do niego gorącej wody i słuchały wrzasków. A często po takim zabiegu to jeszcze kazały trzymać stopami kubek z gorącą wodą póki nie wystygła. Była taka panienka, chyba Anka się nazywała - myśmy na nią Peta mówili. Jak wypuściła kubek to najpierw robiły jej termofor przez dwie godziny a potem to dostała po tyłku jeszcze kilkadziesiąt razy pokrzywą. Oczywiście przez następne trzy dni musiała ściskać co wieczora ten cholerny kubek. A potem chyba znowu coś przeskrobała, bo wszystko zaczęło się od nowa. Coś takiego w praktyce tylko boli i nie zostawia śladów... no chyba, że się do kubka naleje wrzątku.

AnkaP do Kaisa12: Kaisa czy myśmy nie były na tym samym obozie? Napisz: [link widoczny dla zalogowanych].

Kirow9 do Kaisa12: [Cytat: ... Jak przyłapały na... no zresztą nieważne na czym ...] Jak to nieważne Smile Kaisa, napisz na czym Cię przyłapali. To ważne! Umieram z ciekawości.

Wachcho: To nie mogłyście [cenzura] na milicję zgłosić albo choćby do starych zadzwonić? Głupie baby.

Karl do Wachcho: Ośle! Na milicję to się zgłasza grube sprawy. Poza tym z milicją lepiej nie zaczynać. A w ogóle w osiemdziesiątych latach, to taka informacja na pewno nie ujrzałaby światła dziennego.

Marlena do Karl: A to nie była gruba sprawa. Przecież to powinna być sprawa w sądzie i wyrok dla zboczeńców.

Ela z Moskwy: czy AnkaP to może Anuszka J. A Kaisa to Katiusza W. jeżeli tak to mój mail: [link widoczny dla zalogowanych]. Napiszcie.

Karl: Jak przykro. Teraz panienki zaczną mailować a tak miło było poczytać.

AnkaP: Ten przygłup Wachcho myśli, że policja to taka łatwa sprawa. Nie wiedziałyśmy gdzie jest posterunek a nawet jakbyśmy wiedziały, to na pewno nikt by tego nie zgłosił. Co do rodziców, to... myśmy wszystkie były z Internatu. Tak mówiłyśmy, ale Internat to był po prostu dom dziecka i to taki, że wszystkie wolałyśmy zęby zacisnąć i cicho siedzieć a nie skarżyć się. A Peta, to próbowała wynieść ze sklepu dwie flaszki i ją złapali. Była straszna heca. Chyba nawet większa niż wtedy, kiedy Fela ukradła dziesięć rubli z kasy. Wracając do Pety, to ona potem nam mówiła, że ta glizda Wiga (ona się chyba Jadwiga nazywała) obiecała, że jak za trzecim razem będzie grzecznie trzymać ten kubek do końca, to dostanie jeszcze dziesięć razy w goły tyłek tyle, że przy wszystkich i będzie kwita. No i nalała do kubka wrzątku. Peta była twarda, ale nie wytrzymała. Widziałyśmy, że stopy miała bardzo czerwone i bolało ją jak nie wiem. Chłopaki postanowili, że będą Petę "leczyć". Chcieli jej nasmarować stopy jakąś maścią, ale Peta miała łaskotki wszędzie a po podeszwach to takie jak ja, Marta czy Kaisa. Jeszcze tego samego wieczora przywiązali ją do stołu i zaczęli smarować. Miotała się tak, że stół nie wytrzymał. Posadzili ją w pręgierzu. Nałożyli jej na palce u nóg te pierścionki i tak czy inaczej, stopy unieruchomili zupełnie. Chyba do północy wiła się w tych dybach, ale trzeba przyznać, że rano stopy miała jakby nietknięte. Żadnych bąbli. Oczywiście rano powtórzyli kurację a po południu również.

Wielo: Gwoli ścisłości to popołudniami Witalij robił jej masaż szczoteczką do zębów. Peta była nieprzeciętna i łaskotliwa była też nieprzeciętnie. A najlepsze było to, że wszędzie miała łaskotki. Obiecaliśmy jej wtedy, że jak będzie grzeczna i będzie przychodzić sama, to dostanie godzinny zabieg trzy razy na dzień a jak sama nie przyjdzie to dostanie łaskotki wszędzie i to tak przez kilka godzin. I zaraz pierwszej nocy pokazaliśmy jej jak to wygląda - takie łaskotki wszędzie, przez kilka godzin. Witajcie dziewczyny! Pamiętacie Borkę Mariancewa?

AnkaP do Wielo: No pewnie, że pamiętamy Cię gadzino Smile. Ty mieszkałeś w Błękitnym. Na pierwszym piętrze, tam od jeziora. To Ty mnie pierwszego dnia po otrzęsinach łaskotałeś tak, że... no wiesz co. Ale potem to ta młoda - Czajka (jedna z trzech naszych Katiusz), jakoś Ci się bardziej spodobała... i chyba Ty jej też.

Wielo: Nie uwierzycie, ale pobraliśmy się sześć lat potem. Trójka dzieci, mały domek - żyjemy przykładnie aż miło popatrzeć - chociaż niektórzy to wcale tak miło nie patrzą. Piszcie [link widoczny dla zalogowanych].

Kaisa12: Czy Borka to ten od doktor Nataszy ? Smile

Wielo: Ja już potem byłem grzeczny Wink

Wachcho: ale co z tą Petą.

Wielo: Troll przemówił ludzkim głosem - święta idą.

Nn: No piszcie, co tam się działo, bo nie mogę.

Karl: No i dyskusja padła.

2008, lasy podmoskiewskie

Uśmiechnął się. AnkaP? Ela z Moskwy? Kaisa12? Faktycznie, nie zadały sobie trudu żeby zmienić ksywy. Zresztą nawet jakby się nie było podpisów, to i tak bez trudu by je rozpoznał po tym, co napisały. No ale to właściwie, co one takiego napisały? O co ten szum? A może żadnego szumu nie będzie. Ilia panikował powodowany zawodową rutyną. W czasach Internatu w niczym nie przypominał robiącego w gacie aparatczyka... a może przypominał, tylko Bołdin mu się nie przyjrzał dokładnie. Puchaczew trafił do projektu z polecenia, przywieziony w teczce. Syn kogoś bardzo ważnego w kremlowskich strukturach. Nie zamierzał pracować, chciał się po prostu zabawić. Bołdin nie miał nic do powiedzenia, kiedy Puchaczowa przyjmowano do Kronosa - musiał i koniec. Na wspomnianych obozach wyżywał się na dziewczynach brutalnie. Po tym jak sponiewierał Margaretę tak, że mieli kłopot z doprowadzeniem do porządku jej poparzonej skóry, trzymał go żelazną ręką. Chłopak nie potrafił rozróżnić pomiędzy dawaniem wycisku a doprowadzaniem do obłędu. Potem zapałał miłością do munduru. Lata spędzone w strefie sprzyjały kondycji fizycznej. Zapragnął przejść szkolenie Specnazu i po wielu trudach mu się to udało. Potem ich świat zaczął się kończyć. Ludzie po raz kolejny okazali się do niczego. Obiekt zaczynał się zachowywać w inny sposób niż dotychczas i niczym mityczny Kronos-Saturn pożerać własne dzieci. Parędziesiąt osób nie udało się wyprowadzić z tego "Matriksa”, ale dzięki determinacji Bołdina i kilku innych osób, wszyscy uczestnicy jego projektu odzyskali świadomość. Ilia również. Teraz się trzęsie jak galareta. Do diabła z nim. Trzeba się brać za ten pełny raport. Nalał sobie lemoniady z butelki. Cholerny bełkot. Po przeczytaniu całości powinien się uwalić. A może małe co nieco przed raportem, byłoby wskazane? Otworzył barek.

Koniak rozjaśniał umysł. Zagłębił się w lekturę. Od razu było widać, jakie emocje wywołał artykuł. Tysiące wpisów. Wzruszył ramionami. Maltretowanie dziewczyn na koloniach, od lat było regułą a nie wyjątkiem. Jeżeli prześladowcy wyczuwali, że ofiary nie mogą, nie potrafią a czasem nie chcą się bronić, eskalacja okrucieństwa następowała natychmiast... i nie miała granic.

Dwanaście lat projektu Kronos a w zasadzie pięć lat funkcjonowania Internatu dało jego podopiecznym bezpieczeństwo i możliwości, jakich nie mieliby w brutalnej rzeczywistości. Z drugiej strony zamknięcie we własnym środowisku i organizm pracujący na zwiększonych obrotach, ujawniały takie cechy natury ludzkiej, o jakich sam nie miał pojęcia. Aż żałował, że dyskusja padła tak szybko. Chociaż, może coś wyłowi w wersji pełnej.

Po dwóch godzinach przedzierania się przez coraz bardziej wyuzdane fantasmagorie, musiał jednak przyznać, że Ilia Siergiejewicz dobrze wykonał swoją robotę i bezbłędnie oddzielił wpisy jego dziewczyn od wpisów innych uczestników dyskusji. "Inni uczestnicy" w większości wypisywali głupoty, ale miał świadomość, że wiele drastycznych fragmentów jest prawdą. Sam wyciągał swoje dziewczyny z takiego piekła. Nic jednak z tego, co zostało tam napisane, nie odnosiło się do Projektu Kronos.

Dzwonek do drzwi wyrwał go z zadumy. W pierwszym odruchu jego myśl pobiegła do szuflady gdzie leżał Uzi - niewielki, ale w jego rękach zabójczo skuteczny izraelski pistolet. Opanował się szybko. Gdyby chcieli zabijać, to pewnie przyleciałyby śmigłowce i wpakowały parę rakiet w niewielki domek na peryferiach cywilizowanego świata. Skoncentrował się. Tak, było ich dwóch, jeden dalej, prawie śpiący i zupełnie niezainteresowany tematem. Kierowca! Drugi stał pod drzwiami. Był nieco spięty, ale nie miał agresywnych zamiarów. Bołdin czekał jeszcze chwilę. Dzwonek się nie powtórzył. Nieznajomy wiedział, że gospodarz czuwa i nie chciał być potraktowany jako intruz.

To dobrze.

* * *

Twarz gościa nie była mu znana, chociaż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kiedyś, bardzo dawno temu widział kogoś podobnego. Ot człowiek po pięćdziesiątce, całkiem siwy, prawie metr dziewięćdziesiąt. Sprężyste ruchy wskazywały na wojskową przeszłość.

- Borys Makarewicz, członek komitetu sterującego. - Przedstawił się nowoprzybyły, zgodnie z regułą nie podając nazwiska. - Chciałbym wam zadać kilka pytań - dodał siadając w fotelu.

- Chcielibyście usłyszeć odpowiedzi na wasze pytania. - Sprostował gospodarz. - Czy ta rozmowa jest nagrywana? - Ich spojrzenia wreszcie skrzyżowały się na tyle, że Bołdin był w stanie ocenić czy jego rozmówca mówi prawdę.

- Nie. A ma to jakieś znaczenie?

Mówił prawdę, ale w pytaniu zawarta była delikatna groźba. Bołdin nie odpowiedział. Postawił przed gościem kieliszek gruzińskiego koniaku.

- Dziwicie się zapewne, że to ja z wami rozmawiam a nie ktoś, kogo znacie od dawna. - Lekkie skinięcie głowy świadczyło, że Bołdin domagał się dalszych wyjaśnień. - Komitet w dotychczasowym składzie już nie istnieje.

Gość musiał przyznać, że jego rozmówca posiada dar ukrywania emocji w stopniu równie doskonałym jak najlepsi agenci GRU. - Prezydent uznał, że sam musi podjąć decyzję dotyczącą dalszych losów projektu... i jego członków. - Dokończył po chwili.

- Uważacie nas za niebezpiecznych?

- Dlaczego mnie sondujecie Stiepanie Iwanowiczu? - Ich spojrzenia skrzyżowały się ponownie, tym razem na dłużej - Czy nie możecie wprost zapytać, co jest mi wiadome a co nie?

Tego się Bołdin nie spodziewał. Nie znaczy to, że nie odbywał już takich rozmów, ale to, co usłyszał od swojego rozmówcy było zwyczajnym szczerym pytaniem bez podtekstów. Borys Makarewicz nie prowadził żadnej gry, a jego wiedza na temat projektu Kronos, jak już gospodarz zdążył się zorientować, była co najmniej niepełna. - Kim jesteście z wykształcenia? - Zapytał po chwili.

- Inżynier. Mechanika precyzyjna.

- Mogło być gorzej.

- Co mówicie?

- Powiedziałem, że jeżeli nie zapoznaliście się z dokumentacją, a przyszliście tutaj oczekując przyspieszonego wprowadzenia w tematy, którymi się zajmowaliśmy, to nie jest tak źle. Myślę, że zrozumiecie moje wyjaśnienia. - Po chwili ciszy dodał - Powiedzcie to, co już wam wiadome.

- Znalezisko, znaczy się obiekt odkryto w roku 1967, choć legendy na temat uroczyska krążyły od wieków. Możemy się domyślać, że nie jest tworem rąk ludzkich. - Bołdin machnął ręką jakby chciał zasugerować opuszczenie mniej istotnych szczegółów. - W roku 1972 - kontynuował Borys Makarewicz - odkryto, że obiekt może wywierać wpływ na ludzkie umysły i pośrednio również na ludzkie ciała. Osoba umieszczona w określonym położeniu zapada... znaczy się zapadała w pełną śpiączkę - GCS4, przy czym przeprowadzone badania zarówno encefalograficzne jak i w późniejszym okresie NMR wskazywały, mimo objawów zewnętrznych, na znaczną aktywność mózgu. Zmiana położenia... znaczy się dostateczne oddalenie pacjenta od obiektu, powodowało śmierć, jednak pacjent mógł się bezpiecznie obudzić sam podejmując określone działanie... jakby to powiedzieć... w swoim umyśle. Pełne wybudzenie poprzedzone było kilkugodzinnym okresem somnolencji. Wybudzony, pomimo ustania większości funkcji życiowych twierdził, że funkcjonował w świecie realnym przez taki czas, w jakim pozostawał w stanie śpiączki. Hibernacja kilku osób jednocześnie dawała taki efekt, że pacjenci byli się w stanie kontaktować ze sobą niejako za pośrednictwem obiektu. Wielodniowe, wielomiesięczne a później kilkuletnie okresy hibernacji, którym ... znaczy się wyście również byli poddawani, powodowały nieznaczne zmiany o charakterze encefalopatycznym. Efektem ubocznym były bardzo częste remisje zmian chorobowych natury histopatologicznej a przy dłuższym okresie trwania zabiegu, zmiany cofały się zupełnie... znaczy się...

- Jedną chwilę. - Przerwał Bołdin nie starając się ukryć rozbawienia. Jego rozmówca ponad wszelką wątpliwość rozumiał to, o czym mówił, ale dla zawodowego lekarza użyta terminologia brzmiała wręcz uciesznie. Znów spojrzał mu w oczy i spytał - Czy mogę przyjąć, że wasza wiedza pokrywa się z wiedzą pozostałych członków komitetu?

- ... Tak.

Bołdin miał stuprocentową pewność, że opinia Borysa Makarewicza o stanie wiedzy pozostałych członków komitetu jest kiepska. Dodatkowym wnioskiem, jaki wyciągnął było stwierdzenie, że żaden z dotychczasowych członków nie zachował swojego stanowiska. Czy tylko stanowiska? Tego się trzeba dowiedzieć. Korciło go, aby sprowadzić rozmowę na temat wczorajszego zamachu, jednak się powstrzymał.

- Mówcie dalej.

- W roku 1982 obiekt był już pod kopułą. Zidentyfikowano 983 miejsca, w których można było umieszczać pacjentów. Wirtualny świat kreowany przez obiekt, przypominał okolice Riazania, znaczy się przypominał częściowo teren, na którym obiekt był zlokalizowany. Można było go kształtować według określonych reguł, które nie są dla mnie zrozumiałe i o ile mi wiadomo nie zostały rozpoznane dokładnie. Powołano projekt Kronos, który składał się z kilku projektów. Wy byliście, o ile mi wiadomo, dyrektorem projektu wychowawczego. Był projekt medyczny, fizyczno-chemiczny, bio-technologiczny, projekt KGB i projekt krasnoarmiejski, wojskowy znaczy się. Nie znam struktury projektów ani szczegółów dotyczących prowadzonej działalności.

Mówił w zasadzie prawdę, choć kiedy wspominał o dyrektorze wychowawczym, dało się wyczuć lekką ironię. Bołdina to nie wzruszało. I tak zamierzał, jak to zwykł był mawiać Puchaczew, "wyłożyć kawę na ławę".

Komputer wydał przenikliwy ton. Sygnał nadchodzącej poczty. Borys Makarewicz obejrzał się z zainteresowaniem. - Piętnaście lat temu - Bołdin podjął temat - zamknięto etap Projektu związany z bezpośrednio z obiektem. Jego uczestnicy mogli żyć i funkcjonować w społeczeństwie pod warunkiem zachowania tajemnicy. Przez cały czas wewnątrz egzekutywy toczyły się jałowe dyskusje na temat tego, co oznacza zachowanie tajemnicy. Część uczestników, w tym wszystkie dziewczyny i znaczna liczba chłopaków z mojego Internatu weszli w nowe życie, będąc całkowicie nieświadomi istnienia projektu i roli, jakiej w nim odegrali. Trzy godziny temu podniesiony został kolejny w ciągu ostatnich lat alarm, dotyczący rzekomego naruszenia tajemnicy. Czy wasza wizyta ma związek z tym wydarzeniem?

- Ma. Przecież wiedziałem, że dostaliście informację, którą musicie przeanalizować. Wiedziałem, że nie śpicie a komitet sterujący za kilka godzin będzie musiał wyciągnąć jakieś wnioski. Sam podjąłem decyzję o przyjeździe do was, ale poinformowałem o niej kilku członków komitetu. Nie zwykłem dyskutować o sprawach, których nie rozumiem.

Precyzja wypowiedzi wzbudziła w Bołdinie coś w rodzaju uznania zabarwionego cieniem sympatii. - Czyli kilka osób będzie dyskutować, nie mając zielonego pojęcia, o czym dyskutują. W moim dobrze pojętym interesie leży abyście wiedzieli jak najwięcej.

- Mniej więcej.

Bołdin podszedł do kompa. Streścił krótko to, co zaszło w ciągu ostatnich kilku godzin. - Dostałem kolejną porcję informacji. - Zakończył wywód - Tym razem bez cenzury. Proponuję przyjrzeć się tym fragmentom, które zostały poddane wstępnej selekcji.

Portal Anet; Wpisy naruszające regulamin

PanX do Kirow9: [Cytat: ... Kaisa napisz, na czym Cię przyłapali ...] Jak to, na czym? Każda taka głupia ku*wa, która jedzie na obóz jako opieka, jest przekonana, że jej pizda stanowi centrum wszechświata. Przecież takie kolonie są zawsze mieszane, bo same baby albo same chłopy biorą się za siebie. Pierdolić muszą wszyscy. Nieważne ile masz lat. Tyle, że te młodsze z reguły muszą najpierw wziąć do buzi i dopiero jak już ciągną tak jak trzeba, to wtedy zostają w nagrodę porządnie zrypane. I tu jest problem, bo niektóre nie chcą tego robić a niektóre bardzo chcą, ale połknąć wszystkiego to już nie łaska. Teoretycznie ciągnięcie druta jest zakazane i tu jest zagwozdka. Jak taka stara pizda, której nikt nie chce rypać, dorwie taką małą pizdeczkę na gorącym uczynku to czasem tak się wyżywa tak, że włosy dęba stają. Z drugiej strony, większość panienek, które teoretycznie mają pilnować cipek swoich podopiecznych, gzi się ze wszystkimi. Nie tylko z instruktorami, z nami też. Nie mają czasu zajmować się młodzieżą, więc my musimy to robić.

PanX do Kirow9: Jakiś ch*j-moderator cenzurę założył.

PanX do Kirow9: Większość kurwiszonków to nie za bardzo lubi obciągać a już prawie żadna nie lubi tego łykać i teraz taka młoda dupcia, jak nie chce robić tego, co do niej należy, jest podpadziochą dla tych starszych. One muszą obciągać a to powinny przecież robić te młodsze. Na tym polega konflikt interesów. Tyle, że w naszym Internacie to nie do pomyślenia było, że dziewczyna może nie wziąć do buzi. Wprawdzie te nowe to mało która weźmie, ale od czego są koleżanki. Kiedyś, jak trafiły się takie dwie, co nie chciały, to zostaliśmy we czterech zaproszeni na całe przedstawienie. Ich koleżanki (czasem z naszą pomocą) łaskotały je przez całą noc. One się darły wniebogłosy a co jakiś czas do pokoju wchodziła któraś z opiekunek z takim rzemykiem, co prawie śladów nie zostawia, ale za to skurwysyńsko boli. Wchodzi i widzi czterech chłopaków i osiem panienek w tym dwie ledwie żywe pizdeczki przywiązane do łóżek, dupcią do góry, które po godzinie łaskotek już wyszły ze skóry i hałasują straszliwie. I co robi? Wcale nie każe nam wyjść, wcale nie każe panienek rozwiązać tylko leje jedną i drugą po dziesięć razy w tą gołą, naprężoną dupcię i zapowiada, że ma być cicho, bo jak nie, to wróci i spuści jeszcze większe lanie. A to jest dopiero początek całej jazdy. One są oczywiście dalej łaskotane bez opamiętania. Próbują się nie śmiać, nie krzyczeć. Rewelacja. Po piętnastu minutach im to już zupełnie nie wychodzi, Po godzinie wchodzi kolejna mamuśka i następnym razem dostają po dwadzieścia. I tak cztery albo pięć razy. Urozmaicamy sobie czas, przywiązując je w różnych ciekawych pozycjach, ale tak, żeby tyłeczek był zawsze dobrze napięty. Poza tym prowadzimy działalność dydaktyczną: każda dziewczyna, która łaskocze robi przykładnego loda każdemu z gości. Kurwiszonki się starają jak mogą, bo jak która by nie połknęła, to też wyląduje na łóżku, dupcią do góry tak jak te młode i też będą łaskotki. Dopiero na koniec te, które łaskotaliśmy dowiedziały się dlaczego to wszystko, i że następnego dnia rano trzeba popracować języczkiem a jak nie to powtórka z rozrywki. Następnego dnia widać po nich było, że mają szczere chęci, ale żebyście widzieli ich miny. W końcu to się po prostu porzygały i trzeba było nockę powtórzyć. Za drugim razem mamuśki były na tyle miłe, że dupcie już nie były chłostane no i przerwy w łaskotkach poświęcaliśmy na ćwiczenia praktyczne. Trzeciego dnia było już dużo, dużo lepiej.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

- Jak to się mówi Stiepanie Iwanowiczu "ostra jazda". - Borys przerwał lekturę. - Ten wasz Internat to był taki wirtualny burdel dla tych, którzy odważyli się na podłączenie do obiektu.

- Nie zrozumiałem czy zadajecie pytanie, czy stwierdzacie fakt. - Borys Makarewicz obruszył się ostentacyjnie, ale Bołdin kontynuował wywód. - Po pierwsze oni byli w takim wieku a nie innym a po drugie, procesy zachodzące w strefie czy też jak wolicie w wirtualnych organizmach doprowadzały i chłopaków i dziewczyny do hormonalnej burzy, takiej, która łamie wszelkie zahamowania. Proszę nie zapominać, że w znacznej mierze to ja wybierałem kandydatów do Internatu i przy selekcji przestrzegałem konsekwentnie pewnych reguł. Jednostki homoseksualne odpadały w przedbiegach. Poza drobnym faktem, że praktycznie każda z dziewczyn weszła w konflikt z prawem, że każda miała za sobą jakieś ciężkie przeżycia, zwykle związane z chorobą, one były najzupełniej normalne.

- A chłopaki? - Też byli normalni?

- Chłopaki byli wybierani według kryterium inteligencji. Też większość z nich miała jakąś kryminalną przeszłość, ale dewiacje nie wchodziły w grę. Tak na prawdę Internat był poprawczakiem i szkołą. Szkołą na wysokim poziomie. Jak zapewne zauważyliście mięliśmy znacznie większe możliwości w zakresie stosowania kija i marchewki, więc i rezultaty były znacznie lepsze.

- Słyszałem o podobnych instytucjach w świecie realnym i jakoś nie słyszałem, aby rezultaty były takie dobre.

- Ktoś nie potrafił używać kija, ktoś nie dysponował właściwym kijem albo marchewka nie smakowała tak jak powinna smakować marchewka.

- ?

- W naszym szczęśliwym kraju coś takiego jak rodzina to wyjątek a nie reguła. Domy dziecka są pełne. Dzieciaki rosną, dojrzewają a potem nie ma dla nich miejsca na świecie. Mogłem wybierać wśród tysięcy takich, którzy nie mają rodziców, krewnych, nikogo bliskiego, Takich, którymi nikt się nie interesuje. W ciągu pięciu lat wybrałem sto dwadzieścia osób. Osiemdziesiąt dziewczyn i czterdziestu chłopaków. Tak jak już mówiłem, odrzucałem wykolejeńców czyli tych, którzy nadawali się już tylko do ciurmy. Wybierałem osoby bez fizycznych ułomności ale takie, które były chore. Głównie nowotwory w stadium, gdzie leczenie tradycyjne nie dawało perspektyw. W podobny sposób dobrałem personel szkoły, dwadzieścia trzy osoby. Dostawali szansę na życie w zamian za kilka lat odcięcia od świata. Tylko wyjątki zostały wprowadzone w tematykę obiektu. Ci ludzie są nadal w Kronosie i nie przypuszczam...

- Słusznie... nie przypuszczacie. Monitorujemy wszystkich z wami włącznie. Tych protegowanych, którzy zostali wsadzeni na siłę, również. Szczerze mówiąc jestem zdania, że to oni stanowią najsłabsze ogniwo. Ale wróćmy do tematu. Z tego co wiem, chodziło o powrót do zdrowia i o edukację.

- Najważniejszą kwestią było udzielenie odpowiedzi na pytanie, dlaczego zmiany patologiczne się cofają. Pacjenci wprowadzeni w letarg byli monitorowani. Mieliśmy najnowszą aparaturę. Projekt medyczny miał do dyspozycji taką samą aparaturę wirtualną, wewnątrz obiektu. Sześć, w zasadzie dziewięć lat badań i nic. Wyłącznie fenomenologia, żadnych zależności. - Bołdin zamilkł jakby do tej pory nie mógł się pogodzić z porażką. Patrzył w okno. Wrześniowy poranek, z mgły powoli wyłaniała się ściana lasu.

- No, ale wychowawczo - podjął Borys Makarewicz - pełny sukces. Większość ukończyła studia...

- Czternaście małżeństw. - Bołdin się ożywił. - Trwałych małżeństw. Wszyscy mają zdrowe dzieci. Ja to akurat uważam za swój sukces.

- Kij i marchewka?

- Dokładnie.

- Jak to wyglądało w waszym wydaniu.?

- Chłopaków ustawić do pionu było bardzo łatwo. Wyobraźcie sobie trening sambo. Na początek wychodzicie naprzeciw pięciu młodych gniewnych, którzy mają was obezwładnić. Oni są jeszcze pewni siebie, starają się jak mogą, ale nic nie mogą i po chwili leżą pod ścianami lekko oszołomieni. Pierwszy kontakt został nawiązany. A potem ostra musztra. Jak który podskoczył dostawał po pysku. Bez wypinania tyłka przy wszystkich i lania kijem. Trzeba ich było nauczyć stosunku do siebie samych. Zrobić selekcję i odesłać do domu wszystkie wilczurki, które nie potrafiły funkcjonować w stadzie. Mówiąc bardziej serio pozbyć się tych, co do których się pomyliłem. Poza tym byłem chyba w ich życiu pierwszym facetem, z którym mogli po prostu pogadać o wszystkim. Nie macie pojęcia jak skutecznie uczyli się biologii, matematyki. Ci, co odstawali na sali gimnastycznej próbowali być lepsi w czymś innym. Nie tylko próbowali. Wyłazili ze skóry. Ja z kolei wyłaziłem ze skóry żeby chcieli ze mną rozmawiać. I oni, czasami pierwszy raz w swoim życiu, trafiali na faceta, z którym mogli normalnie pogadać. Zobaczyli jak wygląda normalność, normalna przyjaźń, normalna rywalizacja.

- Walczyliście w Wietnamie.

- No to co z tego?

- Nic. Zawsze wydawało mi się, że dla żołnierza oddziałów specjalnych rywalizacja polega na zgładzeniu przeciwnika.

- ... Mieliście rację. Wydawało się wam. - Zapadła cisza. Borys Makarewicz zauważył, że jego rozmówca jest lekko wkurzony. - Walczyłem w Wietnamie a potem szkoliłem młodych. - Dodał spokojnie. - Prawie z każdego zdrowego człowieka można zrobić dobrego żołnierza Specnazu. Problem w tym, że system szkoleń preferuje tych, którzy lubią zabijać. Dla mnie stosunek do życia ma inne znaczenie i potrafię rozpoznać, kto nie potrafi zabić, kto potrafi a kto jest po prostu mordercą. Dlatego jestem tutaj a nie tam. Nie jestem już żołnierzem oddziałów specjalnych. Jestem lekarzem... i matematykiem.

Borys Makarewicz dyplomatycznie pominął uwagę, że żołnierzem oddziałów specjalnych zostaje się na całe życie. Uśmiechnął się pojednawczo. - Panny chyba nie trenowały sambo.

- Normalność w Internacie polegała na tym, że nie walczyło się z ludzką naturą. Panny trenowały gimnastykę, siatkówkę, pływanie chociaż... z tym pływaniem to było trochę inaczej. Mało istotne. Nie byliśmy szkołą mistrzostwa sportowego. Jeżeli chodzi o kij... no cóż kobieca natura różni się zasadniczo. Lanie paskiem w tyłek, samo w sobie nie byłoby skuteczne. Dobra sankcja musiała mieś swoją formę. Może wam się to wydać dziwne, ale najskuteczniejszą i zarazem najbardziej okrutną karą był tak zwany kacet. Nie, to nie to, co myślicie. - Bołdin powstrzymał gestem rozmówcę. - Kacet to było po prostu odosobnienie. W normalnych warunkach: pokój, łazienka i... zamknięcie w klasztornej celi. Odstawienie od życia towarzyskiego. Wystarczyło kilka dni i nie było chłopaka ani dziewczyny, który chciałby spędzić jeszcze jeden dzień w kacecie. Możecie wierzyć. Moje dziewczyny, że tak je nazwę, po stokroć wolały to, co wyprawiali z nimi koledzy niż odosobnienie. Później wytworzyła się pewna niedobra tradycja. Te skazane na zamknięcie snuły najróżniejsze fantazje na temat kar, które spotkały je w kacecie. Zresztą sami zobaczycie. Jak je znam, uaktywnią się na forum i znowu zaczną pisać. Oględnie rzecz ujmując, część z tego będzie prawdą, część półprawdą a część to po prostu ich najskrytsze marzenia, te do których przed sobą bałyby się przyznać.

* * *

Za oknem rozległ się warkot silnika. Jego gość odjechał. Stiepan Iwanowicz miał się czym martwić. Rozmawiali ponad godzinę i nie padło ani jedno zdanie o krwawej strzelaninie w centrum Moskwy. Zamach na Pułkownika, prezesa WJG, pełna wymiana składu Komitetu Sterującego i jeszcze alarm podniesiony przez Puchaczewa. Za dużo zbiegów okoliczności. Już od dawna nie bał się o siebie. Ale byli inni, o których się obawiał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta. Za trzy godziny wykona bezpieczny telefon i umówi się z kimś, kto pomoże mu umówić się z kimś następnym. Wtedy być może wyjaśni się wiele z tego, czego nie rozumiał.

Starał się monitorować sytuację, wiedzieć co się wokół niego dzieje. Ostatnie dwadzieścia lat życia spędził niewidoczny dla ogółu, zacierając ślady. Wydawało mu się, że nie ma na świecie osób, które mogłyby się bać Stiepana Iwanowicza. Choć żyło jeszcze kilku, którzy zdawali sobie sprawę, że jest człowiekiem bardzo, bardzo niebezpiecznym nikt z nich nie miał powodu, aby dostrzegać w nim rywala w interesach. Nikt też nie znał jego głęboko skrywanej tajemnicy. Stiepan Iwanowicz Bołdin czuł ludzkie emocje. I nie było to kwestia doświadczenie życiowego, tego co się powszechnie rozumie pod powiedzeniem "znajomość natury ludzkiej". On wiedział. Swoim szóstym czy siódmym zmysłem bezbłędnie orientował się czy ktoś kłamie, czy ktoś coś ukrywa. Ludzki strach, ból i nienawiść rejestrował z odległości kilkudziesięciu metrów, nawet przez grubą ścianę. Inny człowiek nie był w stanie ukryć przed nim swojej obecności. O reakcji potencjalnego napastnika wiedział w tym samym momencie, w którym wróg podejmował decyzję o ataku. Młodzieńcze wyprawy na Mrówcze Uroczysko i do wewnątrz dziwnego świata, który w pewnym sensie kształtował się wraz z jego wchodzeniem w dorosłość, pozostały tajemnicą. Domyślać się mogła jedna osoba, obdarzona wielką intuicją i dobrze Stiepana znająca, ale tę właśnie osobę, pragnął chronić najbardziej.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin