Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział siódmy.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 19:48, 27 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział siódmy.

Zima 1986, gdzieś poza przestrzenią

- Stiepanie Iwanowiczu, musimy koniecznie porozmawiać. - Fiodor wydawał się zaniepokojony

- Stało się coś?

- Ja nie wiem czy coś się stało ale... to nie jest rozmowa na telefon.

- Jestem oczekiwany pod kopułą. Mam nadzieję jutro wrócić. Najdalej pojutrze.

- Przyjadę do Internatu. Nie chciałbym rozmawiać tutaj w szpitalu.

- Zadzwonię jak tylko wrócę. - Niepokój udzielił się również Stiepanowi Iwanowiczowi. Najchętniej od razu spotkałby się z Fiodorem, ale okresowe spotkania z Zapiatowem były potrzebne nie tylko Komitetowi Sterującemu ale jemu samemu również.

- Stiepanie Iwanowiczu. Może niepotrzebnie panikuję ale gdyby coś... coś się stało... to Natalia. Nie chciałbym, żeby tu sama została.

* * *

O wypadku dowiedział się od Szluchtina. Wskoczył do samochodu i po trzydziestu minutach zajechał pod szpital. Fałszywe współczucie przepełniało profesora. Rzygać mu się chciało. Pozostawił rozgadanego aparatczyka w holu. Pielęgniarka zaprowadziła go do ordynatora oddziału. Weszli razem do kostnicy. Fiodor wpatrywał się w sufit szklanymi oczyma. Chirurg musiał wykonać niezłą robotę ale Bołdin bez trudu się zorientował, że cios saperką prawie odrąbał nieszczęśnikowi głowę. Zamknął zmarłemu oczy.

- Zrobiliśmy co było w naszej mocy - lekarz kłamał jak najęty - Uszkodzenie kręgów szyjnych...

- Kto was wezwał do wypadku?

- Porucznik Szczerbatiew. - Tym razem mówił prawdę, choć Bołdin cały czas wyczuwał niepokój.

- Chcę się zobaczyć z Natalią.

- Z Natalią? O kim mówicie? - niepokój jego rozmówcy znacząco wzrósł.

- Z Natalią Tomczewą. - Rozejrzał się. W kostnicy byli sami. Ciężkie, okute drzwi skutecznie tłumiły wszelkie odgłosy. W pięć minut mógłby wydusić z tej wywłoki każdą informację.

- Natalia Tomczewa została wypisana. Powróciła pod kopułę i zapewne do domu. - Ordynator kłamał dalej ale już się trochę wyluzował. - Proponuję udać się do dyrektora, on będzie wiedział lepiej. - Znalazł wyjście z sytuacji i uśmiechnął się paskudnie. Bołdin również się uśmiechnął. Nie miał wątpliwości, że Natalia przebywa nadal w strefie, ale postanowił nie płoszyć ofiary.

* * *

- Dziwię się, że dopiero dzisiaj przyjechaliście.

- Pułkowniku Gromkin. Fiodor Michajłowicz był moim przyjacielem. Zostawił kobietę. Młodą dziewczynę. Bez środków do życia. Musiałem się zająć tą sprawą. - Szósty zmysł Bołdina pracował na najwyższych obrotach. Spojrzał w oczy swojemu rozmówcy. Nie było wątpliwości. Gromkin nic nie wiedział o Natalii.

- Byliście pod kopułą? Co słychać w szerokim świecie?

- Nic, o czym warto by mówić. - Nie miał zamiaru wyprowadzać Gromkina z błędu. Ostatnie kilka dni spędził pracowicie na terenie Internatu, wysyłając całą swoją ekipę do ośrodka na wyspie. Zdawał sobie sprawę, jak w najbliższych dniach mogą potoczyć się wydarzenia. Wolał nie widzieć swoich dziewczyn i chłopaków w roli zakładników. - Chciałbym pogadać z porucznikiem Szczerbatiewem. Może zmarły coś przekazał. Jakąś informację. - Szczrbatiew był ostatnim, z którym Bołdin miałby ochotę rozmawiać ale trzeba było.

Wyszli z gabinetu. Dyrektor wyglądał na przygnębionego i zatopionego w myślach. Pułkownik nie przeszkadzał. To dobrze. Spacer po wojskowej jednostce był mu potrzebny do poszukiwań. Strach, ból, nienawiść czy wstręt był w stanie wyczuć z daleka.

Strach? starannie tłumiony, determinacja... rekruci. Ból? kogoś bolała ręka. Chyba złamana. Złość! Strach? Nie, nie było strachu, raczej przygnębienie... lekkie. Wstręt, strach, wstręt, wściekłość... dziewczyna? Chyba nie. O cholera, chłopaczki dobierali się do swojego kolegi. Skręcił odruchowo w tamtym kierunku. Poczuł na ramieniu dotyk ręki. - Szczerbatiew powinien się znajdować na sali za kasynem. - Pułkownik wyrwał go z letargu. Wstręt narastał. Trudno, chłopak musi sobie radzić sam. Szkoda. Bołdin jak każdy niepoprawny kobieciarz nie znosił pederastów. Chętnie sponiewierałby jakiegoś gnojka. Uczuciem, które wyczuwał najwyraźniej i które dominowało nad wszystkimi innymi była nienawiść. Tępa, bezmyślna i zaraźliwa. Nienawiść, która udziela się każdemu.

Trener Szczerbatiew precyzyjnie opisał mu wypadek. Dla niego to był wypadek, nic więcej. Nie wyglądał na takiego, który rozpamiętywałby ich wzajemne starcia na przestrzeni ostatnich trzech lat. Łaskawca przyznał się nawet do błędu. Był dobrym fachowcem od szkoleń i to, co powiedział, brzmiało jak najbardziej wiarygodnie. Parę centymetrów wyższy od Bołdina, atletycznie zbudowany, sprawiał wrażenie oazy spokoju. Szare oczy patrzyły łagodnie i przekonywująco. Za tą fasadą kryła się jednak betonowa ściana.

- Parę dni przed śmiercią Fiodor Iwanowicz dzwonił do mnie. - Powiedział powoli Dyrektor. - Mówił, że odkrył coś ważnego. Był mocno wstrząśnięty. - W betonowej ścianie pojawiła się rysa. Teraz dopiero dało się wyczuć to, co pozwalało odróżnić mordercę od żołnierza. Niepokój przejawiał się u Szczerbatiewa jako najzupełniej naturalna chęć eliminacji rozmówcy. Bołdin chciał kontynuować swój wywód ale czyjś niepokój, dużo silniejszy, zmącił mu myśli. Gromkin? Nie. W odległości dziesięciu metrów za Gromkinem stał człowiek. Majstrował przy stole do ping-ponga. Udawał, że coś robi i słuchał uważnie. Rysa pojawiła się gdzie indziej. Szczerbatiew nie był tym, którego Stiepan Iwanowicz szukał.

- Fiodor Iwanowicz był osobą zamkniętą w sobie. Nie zwierzał się nikomu. - Odparł trener.

- Rozmawiał z Profesorem Szluchtinem, ale ten był wstrząśnięty i niewiele sie dowiedziałem - Rysa zrobiła się nieco szersza. Oprócz naturalnej chęci eliminacji rozmówcy, pojawiła się lekka panika. Przynęta okazała się właściwa, ryba brała. Bołdin konsekwentnie brnął dalej. - Wspominał coś o jakiejś dziewczynie... niewiele zrozumiałem, zresztą... teraz to już chyba nieważne. - Tamten dłubał, sprawiając wrażenie, że zupełnie nie interesuje go rozmowa prowadzona kilka metrów dalej. W rzeczywistości cały zamienił się w słuch. Stiepan Iwanowicz postanowił zablefować. - Przed śmiercią Fiodor wspominał o jakichś dokumentach, w których coś się nie zgadzało. - Strach i wściekłość aż nadto wyraźnie wskazywały kierunek poszukiwań. Wychodząc z sali rzucił okiem na niskiego, krępego Kazacha. Znał typa z widzenia. Sierżant... Kasanow. Silnoręki. Pracował w projekcie od dawna. Bał się i trzeba było koniecznie ustalić: kogo się bał.

* * *

Gdyby teraz pojechał do projektu KGB, zaalarmowałby i Kasanowa i tych, którzy z zaginięciem Natalii mogli mieć coś wspólnego. Czuł podświadomie, że swoim działaniem budzi jakieś demony przeszłości. Pułkownik Atanazy. Ten który posprząta, jeżeli zajdzie potrzeba. Dwa lata temu Pułkownik sam nawiązał kontakt. Czas wydawał się spokojny. Uzgodnili wtedy szczegóły współpracy, miejsca i sygnały. Tak jak kazał Jurij Władimirowicz, nie kontaktowali się bez potrzeby. Pół roku temu Bołdin dostał informację, że jego partner chwilowo kończy swoje działania w Kronosie. Dwa miesiące temu zameldował się ponownie. Czy nie przyszedł czas? Czy nie należało obudzić Atana? Jeszcze nie. Za mało wiadomo. W kilkusetosobowej społeczności, dwóch ludzi o ustalonej reputacji zwróci na siebie uwagę. Grzebiąc przy sprawie, mogą zaalarmować kogoś, kogo boi się Kasanow. Wrócił do szpitala.

Przejeżdżając przez bramę wyczuł na sobie spojrzenie. Coś go zdziwiło. Stłumił głupie uczucie, że przedziera się przez wietnamską dźunglę. Tym razem sięgnął do schowka. Walthera PP wsadził do kabury. Tłumik schował do kieszeni. Szedł przez szpitalny korytarz. Musiał pogadać z kilkoma osobami. Zorientować się, kto ma coś do ukrycia. Tutaj, wewnątrz nikt go nie obserwował, ale wrażenie "Wietnamu" spod bramy nie dawało mu spokoju. Wreszcie sobie przypomniał. Małpy! Przedzierali się przez dżunglę a one patrzyły na żołnierzy siedząc w ukryciu, w koronach drzew. Były zainteresowane, lekko zaniepokojone ale nie uważały go za wroga. Ktoś był na zewnątrz. Jego przyjazd do szpitala zapalił w obserwatorze czerwoną lampkę. Wróg czy przyjaciel? Trzeba sprawdzić. Przekradł się na zaplecze i wyszedł tylnymi drzwiami. Nikt go nie szukał. Wybiegł poza teren szpitala. Dokręcił tłumik i bezszelestnie mknął przez las. Wyczuł, zauważył. Nawet się specjalnie nie kryli. Cholera, tylko tego brakowało!

- Mieliście być na wyspie - warknął. Pietia i Kumak wydawali się kompletnie zaskoczeni. Wyglądali tak, jakby wybierali się na wojnę. Białe maskujące kombinezony. Długie bagnety, okulary noktowizyjne. Standardowe wyposażenie oddziałów specjalnych. - Jak by wam jeszcze dać po kałasznikowie, narobilibyście strasznego hałasu. - Dodał tonem nieco łagodniejszym.

- Szefie. Widzieliśmy, że coś się szykuje. - Stiepan Kumakiewicz od razu przystąpił do rzeczy. - Andriej dał nam sprzęt, dał paczkę dla pana i podwiózł nas trochę.

- Swoją paczkę mam w samochodzie. Kto jeszcze należał do spisku? Czy powiedział po co tu przyjechałem?

- Profesor Fadiejew. Powiedział, że sami nam powiecie jak będzie trzeba. Kazał dotrzeć do szpitala i dać wam znać, że już jesteśmy.

- Lusterko. I trzeba było się zaczaić z lewej strony drogi.

Piotr wyjął z kieszeni małe lustereczko. - Próbowaliśmy ale...rzeczywiście. Z lewej strony zajączka byście zauważyli. A na terenie szpitala nie było jak... - Coś ukrywał skubaniec.

- Chyba mi wszystkiego nie powiedziałeś. - Pietia starał sie nie odwracać wzroku. Gdyby nie powaga sytuacji i brak czasu, jego wahanie byłoby zabawne.

- Stara, to znaczy Pani profesor, pierwsza zauważyła, że coś się kroi. Chciała sama jechać ale profesor Fadiejew ...

- Wystarczy. Szczerze mówiąc to lepiej, że wy tu jesteście. - Bołdin zastanowił się. Co do Starej, nie miał wątpliwości, że przeszkolono ją w posługiwaniu sie bronią. Specjalistą jednak nie była. Zdecydowana i błyskotliwa ale tutaj i teraz stanowiłaby tylko klopot. Fadiejew wiedział kogo wysłać. Miał ze sobą dwóch najsprawniejszych kiziorów. Gdyby ich nie zgarnął do Internatu, to dzisiaj byliby pewnie postrachem w mrocznych zaułkach Riazania. Niedźwiedzia siła i tygrysia szybkość w połączeniu z czteroletnią szkołą przetrwania, czyniły ich niebezpiecznym przeciwnikiem dla każdego. Opowiedział o śmierci Fiodora i o zaginięciu Natalii. Obserwował reakcję. Pobudzenie, spięcie, lekki strach. Nadawali się.

- Przy drodze do Internatu, za trzecim zakrętem, po lewej, jest brzozowy zagajnik. Wejdziecie do lasu i tam zaczekacie. Starajcie się nie rzucać w oczy. I jeszcze jedno. Żadnych własnych pomysłów.

Odkręcił tłumik, schował Walthera i wrócił na teren kliniki. Teraz nikt go nie obserwował. Pora obiadowa. Skierował się do kantyny. Usiadł przy stoliku, przy którym nie był mile oczekiwanym gościem. Jego rozmówcy wili sie jak piskorze. Komuś przytrafił się nieszczęśliwy wypadek, bo zadawał zbyt wiele pytań. Ktoś zniknął, bo coś usłyszał. Nabrali wody w usta. Bołdin typował potencjalne "tarcze" według lęku, jaki odzywał się w duszach jego rozmówców, kiedy poruszał temat związany z daną osobą. Kończąc posiłek doszedł o wniosku, że jednak musiał być zbyt wścibski. Chyba zaalarmował kogoś, ale z drugiej strony, dowiedział się wystarczająco dużo.

Po obiedzie chciał się jeszcze z kimś spotkać. Czarnowłosą Nadię Grigorijewą zastał w pokoju pielęgniarek. Była jego człowiekiem i miał pewność, że jest nie tylko lojalna, ale w sytuacjach nieintymnych potrafi trzymać język za zębami. Ostudził jej gwałtowną chęć na szybki numerek. Urocza nimfomanka zakończyła swoją pielęgniarską karierę. Zajmowała się szpitalną ewidencją i to go w tej chwili interesowało. Zawsze robiła to co chciał i nie zadawała zbędnych pytań. W biurze, przy przeglądaniu papierów, okazała się równie sprawna jak przy robieniu loda. Zestawienie osób wypisanych z kliniki w połączeniu z czasem ich leczenia, dostał niemal natychmiast.

Do szpitala trafiały przypadki najcięższe, związane z długim pobytem. Po czterech latach funkcjonowania kliniki, nie ulegało wątpliwoci, że na skuteczną remisję potrzeba od siedmiu od dziesięciu miesięcy. Zestaw dokumentów za ostatnie dwa lata zawierał pozycje, wskazujące na pobyt bardzo krótki. Fiodor skarżył się na to, że przysyłano zdrowych. W ciągu ostatnich kilku tygodni, sześciu pacjentów w wieku od dziesięciu do dwudziestu pięciu lat, po zrobieniu szczegółowych badań, zostało wypisanych prawie natychmiast. Blać! Teraz dopiero zaczął łączyć inne fakty. Rieczkin, specjalista od immunosupresji, praktyka na Harvardzie, pupilek tego tam... Mauraya. Kręcił się przy Kronosie ale nie przypominał sobie aby kiedykolwiek wszedł do wirtuala. To on wzbudzał wsród jego współbiesiadników największy popłoch. W projekcie Fiz-chem cała grupa badawcza zajmujaca się cyklosporynami. Awantura dotycząca klasyfikacji niespodziewanych zgonów, które co rusz przytrafiały się pechowcom. Genetycy! Określanie sekwencji genomu wydawało się bardzo obiecującą metodą przy ustalaniu zgodności dawcy i biorcy. Jego rozmówcy w świecie wirtualnym wspominali o unikalnej aparaturze do sekwencjonowania, która znajdowała się w realu, pod kopułą.

Przeszczepy! Zdrowych ludzi nie kierowano do projektu medycznego a ci byli zdrowi. Kto zlecał badania? Nie, nie tędy droga. Dlaczego Natalia?

Natalia nie pasowała do schematu. Nie nadawała się na dawcę organów. Zniknęła jednak i kilka osób było przerażonych, kiedy próbował się czegoś dowiedzieć. Nawet nie czuł potrzeby aby wracać pod kopułę i sprawdzać, czy nadal leży w swoim inkubatorze, Jeżeli jeszcze żyła, to musiała być gdzieś tutaj. Miejsce pobytu ofiar. Projekt KGB? Mało prawdopodobne. Raczej poza terenem jakiegokolwiek projektu. W razie wpadki zawsze się można wyprzeć. Znał strefę dużo lepiej niż inni, ale jeżeli będzie musiał sprawdziś wszystkie podejrzane miejsca to chyba miesiąc upłynie. Nie miał złudzeń. Natalia, pięć innych kobiet i dziewięcioletnie dziecko czekali na śmierć. Czekali aż pojawi się biorca. Miał mało czasu. I jeszcze Nadieżda! Psia mać!

Zarzuciła mu ręce na szyję. Czuł jak bardzo jest podniecona. Oddał pocałunek i wyswobodził się z uścisku. Starał się ukrywać emocje.

- Muszę ustalić pewną sprawę i zabiorę cię na wyspę. Zimowe kolonie. Chcesz?

Oczy jej zabłysły. Na samą myśl o wyspie i całej zgrai napalonych chłopaków poczuła dreszczyk. Jej lojalność nie obejmowała na szczęście spraw damsko-męskich. - Wszyscy coś ustalacie. - Prychnęła. - Kilka dni temu dyrektor przyprowadził tu jakiegoś ważniaka. Też szukał tego co ty.

- Spodobał się? - Zażartował, licząc na jakąś informację co do wyglądu owego ważniaka. Nie pomylił się. Bez dodatkowych pytań, w szczegółach i z nieukrywaną ekscytacją, opowiadała o tajemniczym gościu.

Atan! Opis mógł pasować. A jeżeli nie Atan? Trudno. Siódmy zestaw. Sekwencja procedur, które umożliwią dyskretne nawiązanie kontaktu.

- Muszę zadzwonić.

Wskzała telefon. Mógł śmiało rozmawiać przy niej. Z rozmowy i tak nic nie wynikało. Wiadomość przekazywał intonacją głosu. Wykręcił pierwszy numer, drugi, trzeci. Przy czwartym ktoś odebrał ale kontakt nie był możliwy. Pułkowin Atanazy zniknął. Popatrzył na zegarek. Druga. Za godzinę zacznie się ściemniać. Pietia i Kumak muszą czekać. W zimowych kombinezonach nie zamarzną. Teraz Szluchtin. Numer trzy na liście podejrzanych ale instynkt podpowiadał, że od niego musi zacząć. Umówić się na rozmowę najszybciej jak można. Wykręcił numer do sekretariatu. Po chwili wiedział, że spotkania nie będzie. Szluchtin nie żył. Bołdin włożył wiele wysiłku aby Nadia nie zorientowała się o czym rozmawia. Z krótkiej wymiany zdań dowiedział się się, że pojazd profesora wpadł na drzewo. Śmierć na miejscu. Godzinę temu.

- Nadieżda. - Zwrócił się lodowatym tonem do pielęgniarki. - Chciałbym abyś robiła dokładnie to co powiem. Bez żadnych pytań. - Nie miał wątpliwości, że w tym momencie sami stali się tarczą. Mina Nadii zrzedła, kiedy w jego ręku pojawił się pistolet. Odruchowo odsunął dziewczynę od okna. Tłumik? Mniejszy zasięg cholera, ale trzeba będzie działać cicho. Dokręcił. - Te drzwi po drugiej stronie korytarza? Laboratorium? - Spytał szeptem. Skinęła głową. Wzdłuż korytarza było czworo drzwi. - Wszystkie do Laboratorium? - Znowu potwierdzenie. - Zamknięte na klucz? - Zaprzeczyła. Ściągnął krawat. Do lampy pod sufitem przywiązał małą lampkę biurową. Włączył. Zachwiał lekko konstrukcją. Cienie na ścianach zatańczyły jakby ktoś buszował po pomieszczeniu. Skoncentrował się. Korytarz był czysty ale ten, kto właśnie wchodził po schodach, nie miał dobrych zamiarów.

Błyskawicznie przeskoczyli do laboratorium. Drzwi za sobą zamknął tak cicho jak tylko mógł. Te do biura zostawił uchylone. Pchnął oszołomioną dziewczynę za metalową szafę. Sam ustawił się za regałem po przeciwległej stronie. Kiepska osłona, ale widział wszystkie wejścia. Musiał szybko decydować, czy obezwładnić ptaszka i zadać kilka pytań czy sprzątnąć od razu i zyskać dodatkowe minuty. Cisza panowała na korytarzu. W ciemności laboratorium Bołdinowi zdawało się, że słyszy bicie serca Nadieżdy. Zabójca czekał. Obserwował biuro. Bołdin wyczuwał jego napięcie. Zimne napięcie. Profesjonał. I wiedział, że ten po którego przyszedł, może być niebezpieczny. Zwietrzył podstęp. Bołdin usłyszał lekkie pstryknięcie. Swołocz wyłączył światło na korytarzu. Nie zamierzał iśc do biura. Dyrektor przykucnął. Pomiędzy nogami stołów widoczność była ograniczona. Za ścianą ktoś sprężał się do skoku. Następne drzwi? Nie, jeszcze następne. Skrzypneły zawiasy i cień wturlał się do środka. Stłumiony wystrzał zabrzmiał niczym lekkie puknięcie. Chwilę potem drugi. Cień wyprostował się gwałtownie, wydobywając z siebie coś pośredniego między jękiem a cichym gwidem. Bołdin strzelił po raz trzeci. Kasanow poleciał na podłogę przewracając niewielki stolik. Bołdin jeszcze się koncentrował. Wyczuwał gasnące życie, przerażenie dziewczyny, ale na korytarzu nikogo więcej nie było.

* * *

- Co chcesz zrobić? - Zapytała drżącym głosem kiedy wskoczyli do samochodu.

- Wyciągnąć cię z tego gówna... i jeszcze załatwić kilka spraw. - Jej zaufanie do Bołdina było absolutne. Uspokoiła się trochę.

- Gdzie jedziemy?

- Brzozy.

- Gdzie to?

- Nie pamiętasz?

- Aha. - Wydarzenia ostatnich minut spowodowały, że na krótką chwilę przestała myśleć o seksie. - Dlaczego nie jedziesz drogą?

- Żeby było ku*wa... romantycznie. - Wreszcie zamknęła gębę. Gdzie ukryli dziewczyny? Mózg Bołdina pracował na najwyższych obrotach. Wyciągał z zakamarków pamięci najdrobniejsze szczegóły, pojedyncze słowa, niedomówienia i za każdym razem dochodził do wniosku, że brnie w ślepy zaułek.

Zamierzał objechać klinikę i leśnym traktem dotrzeć do drogi łączącej Projekt medyczny z Internatem, niespełna dwa kilometry za brzozowym zagajnikiem. Wydłużało to operację przechwycenia chłopaków o kilkadziesiąt minut ale w aktualnej sytuacji nie należało rezygnować z podstawowych zasad bezpieczeństwa. Zgarnie Piotra i Kumaka a potem dotrą do szałasu w lesie, niedaleko projektu KGB. W szałasie miał ukrytą radiostację i stamtąd spróbuje namierzyć pułkownika Atanazego. Łada 1500 nie nadawała się do jazdy po śniegu i do tego jeszcze po wertepach. Szczęściem większość trasy była z górki. Tylko raz musiał posadzić Nadię za kierownicą i wypchnąć grata z zaspy. Ze sprzęgłem i gazem nie radziła sobie dobrze. Silnik długo wył a koła bezradnie buksowały w śniegu. W końcu za kolejnym szarpnięciem samochód ruszył. Rozpylony oponami pył śniegowy poleciał Stiepanowi prosto w twarz. Przypomniała mu się scena sprzed dwóch lat. Silny podmuch wiatru i biały pył lecący prosto w twarz. Wapno! Kłamstwa i niepokój Szluchtina. Doznał olśnienia! Już wiedział gdzie trzeba szukać Natalii.

Księżyc świecił w ostatniej kwadrze a mgła, która coraz częściej wypełniała każdy zakątek ich wirtualnego świata, akurat się podniosła. Musiało już być ze dwadzieścia stopni mrozu. Temperatura nadal spadała. Ogrzewanie w samochodzie pracowało na pełnych obrotach ale Nadia, w sukience, w swetrze i pantoflach trzęsła się z zimna. Ostatnie pół kilometra przejechali na wyłączonych światłach. Bołdin miał wrażenie, że wycie silnika musiało w promieniu kilku kilometrów zaalarmować wszystkich, którzy chcieli się go pozbyć. Nie było wyjścia. W końcu wypadli na drogę do Internatu. Siłą rozpędu wjechał w kępę świerczków. Zatarł ślady opon i ku zaskoczeniu Nadii zaczął się ściągać garnitur.

- Ubieraj się - rzucił jej marynarkę a po chwili spodnie i buty - będzie ci cieplej.

- Co robisz, będziesz teraz...

- Mam pilne spotkanie a ty musisz na mnie poczekać.

- Nie. Stiepan. Proszę.

- Cicho! - fuknął szeptem. Nasłuchiwał. Coś... jakby okrzyk. Może któryś z chłopaków wołał. Zawołał by jeszcze raz, jednak nic nie było słychać.

Perspektywa pozostania samej w lesie nie była szczególnie atrakcyjna. Zaczynała się rozklejać. Trzęsącymi rękami wkładała garnitur.

Bołdin nie zamierzał dalej dyskutować. W ciągu minuty wskoczył w biały kombinezon, podciągnął paski, poprawił kałasznikowa. - Zamknij drzwi, będzie cieplej. - Popatrzył jej głeboko w oczy - Muszę coś zrobić, żeby kilka osób mogło dalej żyć - Uśmiechnęła się słabo. - Jak będziesz grzeczna to dostaniesz takie same ciuszki jak ja mam. - Zażartował i zniknął w lesie.

* * *

Cienkie brzozowe pnie z daleka odcinały się na tle czarnych bukowych olbrzymów. Niczym szkielet ludzki, trup ogryziony przez mrówki. Światło księżyca skąpe i bezduszne wydobywało niewiele szczegółów tak, jak by niewidzialna ręka zabójcy nic więcej nie pozostawiła dla ludzkich oczu.

Już kilkaset metrów od zagajnika zdał sobie sprawę, że nie jest dobrze. Rozpacz, wściekłość, strach. Piotr i Kumak byli w tarapatach. Jeszcze nie wyczuwał zimnego instynktu, jakim zaznaczali swoją obecność tacy, jak zastrzelony przed godziną Kasanow czy też... on sam. Nie wyczuwał również odoru zabijania, strachu i nienawiści, charakterystycznego dla oddziału wojska, czy bandy rzezimieszków w akcji. Zadziwiające, jak w sensie emocjonalnym, są do siebie podobni, kiedy przychodzi im działać. Ktoś tam jednak był. Jego emocje słabe, bardzo słabe, nie wróżyły dobrze. Betonowa ściana. Teraz już czuł. Zimny instynkt schowany za betonową ścianą. Ilu ich jest? Sam, jeden. Dobre i to. Skradał się bezszelestnie. Chłopaki? Ból? Nie, nie są ranni. To co ich tak sponiewierało? Stop! Coś na prawo. Zwierzę. Kilkadziesiąt metrów od niego wyskoczył odyniec i pośród trzasku łamanych gałęzi pognał w stronę zagajnika. Dzik odciągał uwagę napastnika. Bołdin instynktownie wykorzystał moment, aby przybliżyć się niepostrzeżenie o następne sto metrów. Zanurkował w zaspę i wyciągnął noktowizor.

Blać! Ktoś chłopaków przywiązał do drzewa. Kumak miał twarz zapuchniętą. Twarzy Pietii nie mógł zobaczyć. Przynęta. Sto metrów dalej zauważył ukrytą w krzakach terenówkę. Już prawie wystygła. Musiał tu być od godziny. Szukał sprawcy. Jest! Starannie ukryty w pośród drzew i zasp, dobrze wybrał miejsce. Gdyby Bołdin miał czas zapuścić się głębiej w knieję i podejść staranniej, pewnie by go wymacał. Analizował sytuację. Profesjonalista. Jak by nie próbował podejść, ten zawsze będzie go miał na widelcu. Skoncentrował się maksymalnie. Wyczuć tamtego. Niech się zdradzi. Napastnik niecierpliwił się... lekko się niecierpliwił. Czymś się martwił. Zimny instynkt. Betonowa ściana.

- Uciekajcie! - Desperacki i zrezygnowany okrzyk Pietii wniósł do obserwacji coś nowego. Napastnik się śmiał. I nie była to jakaś złośliwa satysfakcja, z jaką prześladowca patrzy na ofiarę, tylko dobroduszna uciecha, bardzo charakterystyczna dla... na przykład Fadiejewa. Kuriozalność sytuacji nieco zdezorientowała Stiepana Iwanowicza. Zaczynał łączyć fakty. Durak! Pozostało dopełnić formalności.

- Wśród jasnej pustki nie drgnie nic! I lśni nad śpiących ulic cisza! Admiralickiej igly szpic!

Wykrzyczane w lesie zdania były równie kuriozalne, tym bardziej, że niektóre słowa brzmiały w ustach Bołdina jak zawodzenie, niektóre krótko niby szczeknięcie.

- Uciekajcie Stiepanie Iwanowiczu! - Desperacki okrzyk Kumaka rownież nie pasował do miękkiego barytonu, który z głębi lasu wykrzyczał równie nienaturalnie i równie bez sensu.

- Niech wiecznie trwa majestat twój! I chwała o Piotrowy Grodzie!

Bołdin powoli brnął przez zaspy. Twarze chłopaków wyrażały kompletne osłupienie. Stali plecami do wielkiego buka, spięci za ręce dwiema parami kajdanek. Z przeciwnej strony zbliżał się oprawca. Wyższy i masywniejszy od dyrektora, około czterdziestki. Broń przewiesił przez ramię i uśmiechał się wyrozumiale a dobrodusznie.

- Wytłumacz swoim kozakom kilka spraw. Po pierwsze, jak już ich odplączę to nie muszą się na mnie rzucać ze scyzorykiem. - Odpiął kajdanki i oddał im bagnety. - Po drugie, jak się w lesie czeka na dziewczynę,to można się ukryć tylko trochę a jak się nie wie kto przyjdzie,to trzeba się ukryć tak, żeby nie było widać. A po trzecie, jak się chce kogoś w pole wyprowadzić,to dobrze jest przygotować sobie jakąś wersję tego, co chce się powiedzieć.

Pietia i Kumak wyglądali trochę jak zbite psy a trochę jak wisielcy odcięci od stryczka. Kumak musiał nieżle zarobić w papę. Wyglądał jak wtedy, kiedy pobił się z Wisiorem o Kimę. Dobrze, że nie mieli broni. Znając możliwości pułkowika Atana, mogłiby skończyć kiepsko.

- Dwadzieścia pompek - zakomenderował Dyrektor. Nie trzeba było powtarzać. Zmarznięci na kość rozgrzewali się intensywnie.

- Mimo wszystko czegoś ich nauczyłeś. - Mruknął Pułkownik Atanazy. - Ten twój Internat miał być szkołą dla grzecznych dziewczynek.

- Mój internat jest szkołą dla niegrzeczynch dziewczynek i dla niegrzecznych chłopczyków. Musiałeś ich tak oprawić?

- Musiałem. Poza tym byli mało rozmowni. Domyślałem się, że są od ciebie ale nie wiedziałem czy na polanie pojawisz się najpierw ty, czy może przyjdzie ktoś, kto sympatii do ciebie nie czuje. Wolałem aby ten ktoś, wziął mnie za przyjaciela... przynajmniej na początek. Chyba ich nie skrzywdziłem, chociaż bardzo się prosili. Ostatecznie powiedziałem im coś niemiłego i czekałem.

- Przeszczepy. Zabijali ludzi i pobierali narządy. Jeżeli miałbym wytypować kogoś, to Rieczkin za tym stoi. Genetyk a ostatnio specjalista od immunosupresji. Kasanow nie żyje. Szluchtin też nie żyje. Mam podejrzenia, że to Kasanow go wyeliminował. - Bołdin od razu przystąpił do rzeczy. - Dwa kilometry stąd mam samochód, jedną panienkę i... niestety żadnych pomysłów na życie.

- Ty bez panienki to chyba nie mógłbyś funkcjonować. Dziwne, w Wietnamie podobno sobie radziłeś bez panienek - Pułkownikowi zebrało się na żarty. Dyrektor popatrzył na niego swoim najgroźniejszym z belferskich spojrzeń. Dowcipniś wyglądał tak jakby miał za chwilę wybuchnąć śmiechem, ale zmienił temat. - Samochód schowałem tam w krzakach. - Wskazał ręką pobliską kępę. - Ja mam parę pomysłów ale potrzebna mi twoja znajomość strefy.

- Mieliście dla mnie paczkę? - Stiepan zwrócił się do chłopaków. Kumak wygrzebał tobołek ze śniegu. Chwilę później jechali przez zimowy las.

- Atan?

- No.

- Co takiego niemiłego powiedziałeś chłopakom?

- Że jak cię będą próbowali ostrzegać, to zastrzelę.

* * *

Solidny szałas i płonący ogień, nie tylko Nadii, jawił się jako lokal wyższej kategorii. Bołdin bez pomocy swoich ponadnormatywnych zdolności zauważył, że kozacka uroda Pułkownika działa na dziewczynę jak światło na ćmę. "Niech sam się martwi" - powiedział sobie w duchu. Tymczasem zmartwienia Atanazego dotyczyły spraw innego rodzaju. Rewelacje Bołdina, nie były dla niego niczym nowym. Grzał się przy ognisku i myslał intensywnie. Nadieżda przebierała się w ciepły kombinezon. Obecność czerech facetów zupełnie jej nie przeszkadzała. Ostatecznie tylko ich nowy sojusznik nie zaliczył jej... jak na razie.

- Oczy sobie wypatrzycie. - Charakterystyczny uśmiech Atana działał deprymująco. Chłopaki spojrzeli na niego wilkiem i odwrócili się w drugą stronę a ten zaprosił Stiepana Iwanowicza na spacer po lesie. W skrócie przedstawił przebieg wydarzeń poza kopułą.

Przez ostatnie pół roku, delikatnie kręcił się wokół sprawy tajemniczych zgonów, zaginięć i dziwnych niezgodności w szpitalnej dokumentacji. W wirtualnym świecie miał dużą swobodę działania, jednakże w realu musiał uważać. Osoby zamieszane w proceder handlu organami były groźne. Miały wysoko postawionych protektorów i działały bardzo ostrożnie. Projekt Kronos, z racji swojej specyfiki i przede wszystkim utajnienia, idealnie nadawał się do "przechowywania" potencjalnych dawców. Każda organizacja miała swoje słabe strony. Czułym miejscem w tym schemacie była komunikacja między ludźmi. Szajka nie miała kierownictwa w ścisłym tego słowa znaczeniu. Wszystko utajniono tak bardzo, że każde ogniwo łańcucha funkcjonowało na własny rachunek i kontaktowało się z dwoma innymi. Przez kilka miesięcy chodził koło sprawy, starając się nie rzucać w oczy. W tym, był specjalistą jeszcze lepszym niż w zabijaniu. Potem, w przeciągu kilku godzin, trzy nieszczęśliwe wypadki przerwały nić żywota trzem osobom. Odpowiednio spreparowane przecieki do gazet po tamtej stronie żelaznej kurtyny, dopełniły reszty. Głasność, hasło Bołdinowi zupełnie nie znane, sprawiła, że swołocz zamiast odbudowywać strukturę, nerwowo zacierała ślady. Tożsamości sprawcy/sprawców całego zamieszania nie udało się ustalić.

- Sparaliżowałem ich na jakieś trzy tygodnie, może miesiąc. - Zawrócili do szałasu. - Nie wiedzą gdzie i kogo szukać. Na razie szukają się wzajemnie. Jeżeli szybko posprzątamy strefę, wówczas moje cięcia okażą się chirurgiczne. Jeżeli się nie uda, po miesiącu przystąpią do działania i zaczną węszyć. Lepiej, żeby się udało.

- To co powiedziałeś wyjaśnia, dlaczego pozbyli się Szluchtina. Wyeliminowali kogoś ważnego, więc zacierają ślady. Cały czas myślałem, że ta gnida to pionek. Kto mógł zadecydować o odstrzeleniu Szluchtina? Rieczkin? - Rieczkin był w cywilu genetykiem. Znał się na swojej robocie i zdobył nie lada renomę. Potem zajął się Immunologią i przeszczepami. W dziedzinie Immunosupresji był niekwestionowanym numerem pierwszym.

- Specjalista od immunosupresji. - Mruknął Atanazy - Co to właściwie jest ta immunosupresja? - Nazwa nic mu nie mówiła.

- Sposób na to, aby organizm nie odrzucił przeszczepu. Widzisz, jakiś czynnik, cholera wie jaki, powoduje, że organy pobrane od dawcy który wcześniej przebywał w strefie przyjmują się znacznie lepiej. Po operacji nie trzeba tego naświetlać ani wyczyniać wszystkich fanaberii nad którymi pracują w projekcie medycznym. Z jednej strony próbują to badać a z drugiej... pokusa okazała się zbyt wielka. Gdzie w całym łańcuchu siedzi Rieczkin?

- Nie zrozumiałeś. To nie jest łańcuch tylko pętla. Bezpośredniego przełożonego Rieczkina, pewnego majora, mojego kolegę z firmy, wyeliminowałem. Nasz profesor niby był na samym dole, ale kontaktował się bezpośrednio z kimś bardzo ważnym na Kremlu. Ten ktoś otrzymał teraz propozycję objęcia konsulatu w Ułan-Bator. Być może sam woli się trzymać z daleka. Likwidacja Rieczkina jest konieczna ale bardzo... kłopotliwa, czy jak to nazwać.

- Kłopotliwa?

- Układy. Chodzi o to, że jego zgon wywoła rozmaite reperkusje. Wiedział, jobany w rot, jak się zabezpieczyć. - Bołdin nie rozumiał co Atan miał na myśli mówiąc o układach i reperkusjach ale nie to było ważne. Czuł wyraźnie, że jego rozmówca trzyma jakiegoś asa w rękawie - Trzeba go ściągnąć do projektu i tutaj załatwić... - pułkownik myślał głośno - Komitet sterujący, tajność, procedury.

- Tak, tutaj dałoby się to zrobić. Pod kopułą będą mieli zwłoki a sam wiesz jak wygląda śledztwo w strefie. - uśmiechnęli się obaj. - Tyle, że on się tu zwabić nie da. Dziewczyny go nie interesują, chłopaczki też. Jest impotentem. Poza tym widzi co się dzieje i wie, że mógłby się spodziewać komitetu powitalnego.

- Mimo wszystko przyjdzie. Wiesz lepiej ode mnie, że są pewne gatunki nowotworów, których się nie da wyleczyć a w zasadzie da, ale tylko w Kronosie. A taki nowotwór zawsze można wywołać.

- ?

- Tak. Rieczkin ma mało czasu i podejrzewam, że w szpitalu jest już jakiś pacjent o typowej tożsamości a strzeżony przy tym jak Mauzoleum Lenina.

- Strzeżony lepiej i znacznie dyskretniej. - Zapadlo milczenie, śnieg chrzęścił pod butami. - Kogo jeszcze mamy w strefie? - kontynuował Bołdin.

- W strefie rządzi Major Watkin i...

- Blać!

- O co ci chodzi?

- Zastanawiałem się nad Watkinem, jednak po kilku rozmowach doszedłem do wniosku, że nie ma z tym nic wspólnego. Jesteś tego pewien?

- Absolutnie. Wszystkie drogi prowadzą do Watkina. Prawą ręką Watkina jest Kasanow. Poza tym jest ktoś z projektu Fiz-chem, na pewno chemik. Odpowiada za sprzedaż na terenie Europy. Nie wiem, ktoś ważny. Poza tym niejaki Wasilcew - biolog i Własowicz... Oleg... onkolog. Mają może dziesięciu cyngli do dyspozycji. Tyle udało mi się ustalić.

- Szluchtin był chemikiem. Często opuszczał strefę i ciągle jeździł na zachód. Jako jeden z niewielu w Kronosie. Trzeba sprawdzić, ale myślę, że to on handlował w Europie. Szluchtin nie żyje. Lekką ręką sprzątnęli ważnego człowieka. Zwijają interes. Musimy się spieszyć bo mogą zabić dziewczyny. Kasanow też nie żyje. A ordynator chirurgii?

- Pionek. Nic nie wie. Boi się. Najważniejsze odnaleźć kryjówkę. W projekcie KGB nie ma. Tyle wiem na pewno. Problem w tym, że strefa jest cholernie rozległa.

- Mam pewną wskazówkę. Do budowy swojego schowka potrzebowali wapna. Dwa lata temu projekt Fiz-chem potrzebował dużo wapna. Nie cementu tylko wapna.

- To jest ta wskazówka? - pułkownik nie załapał rozumowania kolegi.

- Jest jedno takie miejsce, gdzie do budowy potrzeba wapna. Jaskinie wapienne na południu. Jakieś dwieście kilometrów stąd. W jaskiniach nie mogli posługiwać się cementem, bo cement nie trzyma wapienia. Musi być zaprawa wapienna. Robili tam coś, a jakieś dwa lata temu, Szluchtin wił się jak robak pod butem, kiedy chciałem dojść, po co mu wapno.

- Dochodzi szósta - Atan popatrzył na zegarek. Będziemy potrzebowali obu samochodów. Dotrzemy tam przed jedenastą i... obyś miał rację.

- Obym miał rację. - Jak echo powtórzył Bołdin. Stali przed szałasem. - I wiesz co? Nie uśmiechaj się tak do chłopaków. Działasz na nich deprymująco.

- Postaram się.

* * *

Kompleks jaskiń rozciągał się we wschodniej części strefy, na południe od terenów, gdzie już nie raz odbywał ćwiczenia z rekrutami. Zatrzymali się jakieś trzy kilometry od wejścia. Kumak i Nadia zostali przy samochodach. Pozostali ruszyli forsownym marszem przez knieję. Księżyc w ostatniej kwadrze dawał wystarczająco światła aby się poruszać i zbyt mało aby zauważyć trzy białe postacie, jak duchy skradające się do celu. Ostatnie kilkaset metrów szli bardzo ostrożnie. Musieli nieco nadłożyć drogi. Lepiej było wykorzystać świerkowy zagajnik jako osłonę, niż pełznąć pomiędzy bukami. Bołdin miał rację. Latarnia oświetlała teren. Dym wydobywał się z grubej rury, sterczącej u wylotu najdalej położonej pieczary. Buczał generator prądu. Strażnik spacerował przed wejściem do największej z jaskiń. Łotry Rieczkina czuły się pewnie. Przez chwilę obserwowali przedpole. Samochodów nie widać, ale pozostały świeże ślady. Ktoś niedawno odjechał. Zabezpieczenia nie były szczególnie wyrafinowane.

Czekali jeszcze pół godziny. Na zmianę warty. Weszli cicho jak śmierć. Obu zakapiorów zdjęli bezgłośnie przy wejściu. W środku było ciemno i ciepło. Zeszli korytarzem w dół. Kolejny, zaskoczony wewnątrz, nie stawiał oporu. Niski, krępy Kałmuk leżał związany i patrzył na nieproszonych gości wściekłym wzrokiem. Ostrze bagnetu przyłożone do oka natychmiast rozwiązało mu język. W sumie było ich czterech. Został jeszcze jeden ale poszedł "zabawić się z młodzieżą". Przyjazny uśmiech, jaki pojawił się równocześnie na twarzach obu komandosów, zachęcił dozorcę.

- Panie pułkowniku. Dla wszystkich starczy. - Obleśnie wyszczerzył zębiska. - Mamy dwie cycate, jedną szczuplutką dwudziesteczkę i młódkę... tylko jeszcze narowista trochę.

Śmiech mu uwiązł w gardle, kiedy Bołdin kopnął go w krocze. Jak odzyskał głos, okazał się jeszcze bardziej rozmowny. Po chwili znali rozkład pomieszczeń. Zapytany gdzie jest reszta, zaczął kręcić. Bał się. Zatkali mu mordę szmatą. Piana pomieszana z krwią pociekła na podłogę, kiedy Atan wbijał bagnet w oko. Piotr się nie porzygał tylko dlatego, że od rana nic nie miał w ustach. Po dziesięciu minutach Kałmuk zeznał, że Natalia i jeszcze dwie kobiety, znajdowały się pod specjalnym nadzorem, w pomieszczeniach na końcu dolnego korytarza.

- Dlaczego?

- Major Watkin nie pozwala ruszać - wycharczał.

- Kto przyjeźdźa z Majorem Watkinem?

- Sierżant Kasanow i jeszcze jakiś Profesor, wysoki, trochę siwy - bełkotał, coraz trudniej było go zrozumieć - i czasami dwóch innych niskich i jeszcze ktoś, jakiś major... chyba. - Zainteresowali się majorem. Chlusneli mu wodą na twarz. Nie był w stanie powiedzieć nazwiska, jednak wiedzieli gdzie i kogo szukać.

- Klucze!

Nie mieli kluczy. Major Watkin nie dowierzał swoim podkomendnym. Jedzenie podawali przez lufcik. Bołdin powstrzymał gestem Atana, który był zdecydowany zachęcić strażnika do lepszej współpracy. Pietia poczuł kolejny nieprzyjemny ucisk w żołądku, kiedy Pułkownik wskazał obezwładnionego i spytał obojętnym tonem.

- Potrafisz zastrzelić? - Nie potrafił. Atan uśmiechnął się wyrozumiale a Bołdin wybawił podopiecznego z kłopotu. Wprawnym ruchem nacisnął jeńcowi odpowiedni nerw poniżej ucha. - Może będzie potrzebny - mruknął, zacskając kolejny węzeł. Zeszli poziom niżej. Bołdin nie potrzebował przewodnika. Strach i ból wyczuwany z daleka, bardziej kojarzył się z zaszczutym zwierzęciem niż z czlowiekiem. Płacz i jęki dziecka dochodziły przez zamknięte drzwi. Wzrokiem pokazali Piotrowi aby trzymał się przy ścianie.

- Szybko? - Bołdin spytał wyłącznie ruchem warg. Atan skinął głową, uzgadniając gestem strefy ostrzału.

Akcja trwała ułamek sekundy. Czwarty strażnik - dwumetrowy drab, trochę zasłoniety przez dziewczynkę był w zasięgu Bołdina. Nie zdążył się nawet zdziwić kiedy kula rozłupała mu czaszkę. Omietli wzrokiem pomieszczenie. Czysto.

Kobiety! Trzymali je w pojedynczych klatkach. Cztery. Siedziały nagie skulone i otępiałe. Tylko gwałcona dziewczynka wpatrywała się w przybyszów przerażonym wzrokiem. Zwierzęca niepohamowana wściekłość zawiała od wejścia niby wiatr syberyjski. Bołdin odwrócił się gwałtownie i otwartą dłonią strzelił Piotra w twarz.

- Opanuj się. - Syknął. - Zadanie! Przyszedłeś aby je stąd wyciągnąć. Nic innego nie jest ważne. - Siarczysty policzek i "zaklęcie" rzucone przez szefa pomogły. Młody zaczął funkcjonować normalnie. - Wyciągnij je z klatek. - Dodał obojętnym tonem.

Teraz Natalia i te dwie. Na końcu korytarza. Odstrzelili zawiasy. Wszystkie trzy były również nagie. Wyglądały znacznie lepiej niż ofiary zamknięte w klatkach ale wystarczyło jedno spojrzenie Natalii, aby odgadnąć jak bardzo pozory mylą. Przeszukali pomieszczenia. Poza gąbkowymi materacami, niczego w środku nie znaleźli.

Bołdin wybiegł na zewnątrz wezwać samochody a Pietia otwierał klatki jedna po drugiej. Nie chciały wychodzić. Nie było z nimi kontaktu. Spokojny baryton Atanazego niczego nie zmienił. Nie głodzili ich, w pomieszczeniach było ciepło, ale blizny na piersiach i udach świadczyły o tym, co musiały przejść. Zareagowały dopiero na głos Natalii. Szły przez korytarz powoli, bezwolnie.

- Jak cielęta na rzeź - mruknął Piotr biorąc dziecko na ręce.

- Jak ludzie na śmierć - sprostował Bołdin. - Kałmuki gdzieś musieli spać. - Zmienił temat - Koce! Dziewczyny trzeba okryć. - Znaleźli pomieszczenie, w którym sypiali strażnicy. Otulili kocami drżące ciała. Nadia i Kumak już zajechali przed wejście, tak blisko jak tylko się dało.

Trzeba zlikwidować tego ostatniego. - mruknął Atanazy

- Pułkowniku - Piotr odbezpieczył pistolet. Jego głos zadźwięczał złowrogo. Atan skinął głową. Tym razem się nie uśmiechnął.

* * *

Do Lekurierowki dotarli nad ranem. Uruchomili ogrzewanie. Nadia przygotowała posiłek. Bołdin na następny dzień pozostawił sobie dokładne oględziny uratowanych dziewczyn. Zdawał sobie sprawę, że te największe obrażenia nie będą widoczne dla nikogo i nie wiadomo czy się zabliźnią. Zaaplikował im środki uspokajające. Głęboki sen zrobi swoje. Kumak stanął na warcie. Postanowili czuwać na zmianę z Atanem i chłopakami. Do ośrodka na wyspie wysłał wiadomość. Technik Andriej i trzech chłopaków byli już w drodze. Z jednej strony cieszył się, że jego podopieczni przeszli zaprawę lepszą niż mogliby przejść w Armi Czerwonej. Z drugiej strony wzdragał się na myśl, że dostaną do ręki broń, że ktoś ich może zabić, że sami będą zabijać. Przez wiele lat liczył na to, że lepszy los stanie się ich udziałem. Wstawał świt, ciężki i pochmurny.

Pukanie do drzwi wyrwało Stiepana Iwanowicza ze snu.

- Można? - Natalia wsunęła się do pokoju. Boso, w przykrótkiej piżamie wyglądała jak... skojarzenia ciężko przychodziły Bołdinowi do głowy. Może jak dopełnienie czyjegoś życia. Życia, które zostało przerwane.

- Siadaj dziecko. - Bołdin otulił dziewczynę swoim szlafrokiem.

- On... nie żyje... prawda? - Popatrzyła na niego wzrokiem, w którym nie było nadziei. Wiedziała.

Skinął głową. Siedzieli w milczeniu. Czuł jak bardzo jest spięta. Bała się i desperacko usiłowała opanować ten strach.

- Czasem myślę, że to nieprawda. - Mówiła cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Że to jest jak dziwny... nie, to nie jest sen. We śnie możemy zrobić wszystko, potem wstać, otrząsnąć się i wrócić. Możemy sobie powiedzieć, że to tylko sen. A teraz, musimy gdzieś wrócić i nie będziemy mogli powiedzieć... bo to wszystko było, chociaż nieprawdziwe ale takie, którego już nie można zmienić. - Oderwała wzrok od ziemi i popatrzyła na niego pytająco.

Drgnął. Natalia potwierdzała jego dawne przypuszczenia. W historii Kronosa zdarzały się nieliczne przypadki nadintuicji. Pacjent wyczuwał różnicę pomiędzy strefą i światem realnym. Poszczególne projekty wyszukiwały takich ludzi. Żywiono nadzieję, że pozwolą, choćby w fenomenologicznym tego słowa znaczeniu, poszerzyć wiedzę na temat całego zjawiska. W jego Internacie, nadintuicją wykazała się Jewita, nauczycielka Historii. Jeszcze dwa lata temu przywiązywano wielką wagę do poszukiwań. Teraz projekt był w rozkładzie. Nikt niczego nie poszukiwał. Pieprzyć to! Musi się zająć dziewczyną a nie zastanawiać nad czymś, co nie było jego sprawą.

- Tak. Musimy gdzieś wrócić. Każde z nas. - Popatrzył jej w oczy. - Tego co było, nie będzie można zostawić tutaj, gdzie teraz jesteśmy. Spróbuj sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chciałabyś wymazać wszystko z pamięci? Czy chciałabyś aby nic się nie zdarzyło?

Pokręciła przecząco głową. Dwie łzy płynęły jej po policzkach.

* * *

Atanazy spał jak kamień. Kiedy przyszła jego kolej był już w swojej zwykłej formie. Słońce przebiło się w końcu przez chmury i rozjaśniło ponury leśny krajobraz. Kolejna zmiana warty, południe. Lekurierowka spała. Jeszcze raz rzucił wzrokiem dookoła. Spryciarz Bołdin wiedział, w których miejscach drzewa i krzaki powinny być usunięte. Do pawilonu ciężko było podejść bez zwracania uwagi. Tym bardziej go dziwiło stare drzewo na tyłach budynku. Po jego konarach potencjalny intruz mógł bez problemu dostać się do pomieszczenia na pierwszym piętrze. Co ciekawe pomieszczenie to, jak już się zdążył zorientować, stanowiło dyrektorski gabinet. Uśmiechnął się. Stiepan miał swoje tajemnice.

Pietia już wyszedł aby go zmienić. Z zadowoleniem zauważył, że jego uśmiech nie deprymuje chłopaka. Wracając do środka, kątem oka dostrzegł ruch w jakimś pomieszczeniu na drugim piętrze. Ktoś już wstał. Nie. Pomieszczenie powinno być zamknięte. Pamiętał, w których pokojach umieszczono dziewczyny. Niby nic dziwnego ale zawodowe nawyki nakazywały sprawdzić. Przyspieszył słysząc jak ktoś biegnie po schodach przeciwległej klatki. Odbezpieczył broń. Na korytarz wybiegli równocześnie. Bołdin był zaniepokojony. Czuł, że dzieje się coś złego. Szmer. Trzecie po lewej! Zamknięte! Jedno kopnięcie wyrwało drzwi wraz z zawiasami.

Katiusza, dziewczyna którą trzymano razem z Natalią stała na stołku. Stryczek zrobiony z kabla od lampy zwisał z żyrandola. Atanazy pokręcił głową chowając pistolet. Jej spojrzenie mówiło wszystko i nie trzeba było słów. Niedzoszłą samobójczynię Stiepan delikatnie postawił na ziemi. Jej ramiona drgały początkowo niezauważalnie, potem coraz mocniej. Wtulił ją w ramiona. Po chwili rozpaczliwy, zwierzęcy niemal skowyt, niósł się po całym budynku.

* * *

Miny komandosów wydłużyły się, kiedy z samochodu wysiadło miast czterech, pięć osób. Andriej Tomasowicz Sieriożny, Wisior, Borka Mariancew, Korniszon i...Stara! Blać!

Nawet nie próbował jej opieprzać. Niewątpliwa sympatia do matematyczki była spowodowana w znacznej mierze tym, że jego wściekłość nie wzbudzała w niej strachu. Nie starała się myśleć za niego, ale potrafiła używać mózgu nie tylko do rozwiązywania zadań. Ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Nie odeślesz mnie z powrotem. - Lidija ni to pytała ni to stwierdzała fakt.

- Chodźcie. - Pominął słowa Starej. Zdawał sobie sprawę, że jego milczenie oznacza zgodę. Szybko streścił nowoprzybyłym przebieg ostatnich wypadków.

Krótki dzień miał się ku końcowi. Czasu było niewiele. Na szczęście niektóre dziewczyny były w stanie przekazać trochę informacji. Najdłużej, bo od pół roku, więziono Katiuszę. Wtedy, w południe długo nie chciała się uspokoić. Dopiero jak wyrzuciła, wydarła z siebie wszystko to, co pchnęło ją do samobójstwa, poczuła się odrobinę lepiej. Krok po kroku składali ponury obraz wydarzeń. Markiz DeSade mógłby się wiele nauczyć od majora Watkina i spółki. Ofiary podzielono na te "lepsze" i "gorsze". Gorsze służyły do zaspokajania zwykłych cynglii. Lepsze, trzymane w pomieszczeniach za okutymi drzwiami, stanowiły własność szefów przedsięwzięcia. Z każdą z ocalonych, Bołdin starał się rozmawiać indywidualnie. Włożył wiele wysiłku aby poznać prawdę, nie zadając jednocześnie pytań, na które nie potrzebował i nie chciał znać odpowiedzi. Kwestia co skłoniło Watkina do porwania Natalii, nie kwalifikującej się jako dawca organów, nurtowała go najbardziej ale nie spodziewał się tego kiedykolwiek dowiedzieć. Mógł tylko z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że stała za tym zwykła ludzka namiętność. Niska, delikatnie zaokrąglona ale nieprzęciętnie zgrabna blondyneczka, miała w sobie to "coś" w takim stopniu, że wymykało się jego ocenie.

Katiusza nie zapamiętała wszystkich ofiar, które się przewinęły przez jaskinię ale wiele wskazywało na to, że dokumentacja szpitalna była fałszowana. Przez ostatnie sześć miesięcy zgładzono kilkadziesiąt osób, w tym conajmniej czworo dzieci. Ochronę obiektu dobrano spośród tych, którzy nie kryli się zbytnio ze swymi upodobaniami, na których można było mieć haka. Oprawcy prześcigali się we wszystkim, co chora wyobraźnia może podsunąć.

Nim zaszło słońce, wiedzieli już dla kogo zabraknie miejsca zarówno w strefie jak i w świecie realnym. Piotr i Kumak byli bardzo zawiedzieni, kiedy dowiedzieli się, że zostają na terenie pensjonatu w roli sanitariuszy.

- Pamiętacie co wam mówiłem jak oglądaliśmy "Tylko dla orłów". - Projekcja filmu na terenie Błękitnego Kampusa była nie lada wydarzeniem. Do nikogo nie trafiały wówczas słowa dyrektora, który próbował przedstawić rzeczywistość w nieco innych barwach. Chłopaki jak jeden mąż widzieli siebie w roli tych nieustraszonych, potrafiących dokonać rzeczy zdawałoby się niemożliwej. Piotr, który wczoraj pociągnął za spust, wydawał się dzisiaj postrzegać świat zupełnie inaczej. - Nie będzie pościgów, uroczych strzelanek i szczęśliwego zakończenia z piękną kobietą w tle - kontynuował Stiepan Iwanowicz - będzie kilka strzałów, których nikt się nie spodziewa. Jak zajdzie potrzeba, strzałów w tył głowy. Może komuś mózg wypłynie.

- Może ktoś się przed śmiercią zesra ze strachu. - Dodał Atan. Nie wyglądał na takiego, który miałby ochotę żartować.

- Jesteście bardzo pewni tego, że pojedziemy zrobimy co trzeba i wrócimy. - Dyrektor ostatecznie sprowadzał ich na ziemię - Ja chcę być pewien, że jak noga nam się podwinie, zrobicie to, co do was należy.

* * *

Zawiązał krawat. Cholera, to Atan powinien wystąpić w garniturze. On, major Bołdin był specjalistą od terenu. W dżungli europejskich metropolii działał pułkownik Atanazy. Logika nakazywała jednak inaczej. Dla znakomitej większości mieszkańców strefy, Stiepan Iwanowicz kojarzył się z dystyngowanym, opanowanym dżentelmenem w jasnym garniturze, lekko błękitnej koszuli i niebieskim krawacie. I tak powinno pozostać.

- Uważasz, że niesłusznie przyjechałam? - wyczuł Lidiję jak szła po korytarzu.

- Sama podjęłaś taką decyzję. Na wyspie mogaś jeszcze decydować. Wiesz, że jeżeli tu przyjdą, będziesz miała bardzo ograniczony wybór.

- Wiem co mam robić. - Milczeli przez moment. - Zawsze można wybrać. - Dodała po pewnym czasie. - Tylko niekiedy wybiera się z dwóch możliwości równie kiepskich. - Poprawiła mu węzeł na krawacie.

- Boisz się?

- Boję... Stiepan.

- Słucham

- Przytul mnie.

Objął ją i poczuł się dziwnie. Stara nie tryskała pożądaniem, nie tłumiła w sobie czegoś dzikiego. Spokój i determinacja. Chciała go i rezygnowała z niego zarazem. Sprzeczności. Sama wyswobodziła się z jego objęć. Zamknęła za sobą drzwi. Przez okno widział jak Atanazy zmierza w stronę łazika. Już czas. Pozostała jeszcze jedna sprawa do załatwienia.

Szedł przez korytarz. Na dole w świetlicy ktoś rozmawiał. Głosy damskie i męskie. Niektóre z dziewczyn udało się wyciągnąć z pokoju. To bardzo dobrze. Przykazał chłopakom, że łapy mają trzymać przy sobie. Nawet od Nadieżdy z daleka. Biedna Nadia, nie był pewien czy przypadkiem nie zażądał niemożliwego. Próba samobójstwa, jaką podjęła Katiusza, do wszystkich przemówiła sugestywnie. Wesołe panienki z Internatu odzwyczaiły ich od sytuacji trudnych. Dzisiaj zachowywali się nieporadnie ale... starali się. Bardzo się starali. Może to i lepsze niż wysiłki psychologa.

Natalię wraz z dwiema innymi umieszczono w pokoju Wiktorii. Następne drzwi. Zapukał. Strach! Obłędny strach! Po chwili wszystko zniknęło. Opanowały się. Sam fakt, że ktoś wchodził do pomieszczenia, wywoływał u nich panikę. Siedziały razem z tą małą... Tatianą na tapczanie. Patrzyły na niego bez lęku, z wyczekiwaniem. Usiadł naprzeciwko. Zawsze go zdumiewało, dlaczego na innych działa tak uspokajająco. Zwłaszcza na kobiety... i na dzieci. Jego przeszłość, to co robił, co widział i co przeżył, powinna wywoływać uczucia wręcz przeciwne.

- Nie bójcie się o nas - Natalia przerwała milczenie. Zdumiał się. Tak jakby wiedziała po co przyszedł.

- Skąd wiedziałaś?

- Co wiedziałam?

- Że się o was boję. Że nie chcę abyście zrobiły to czego próbowała Katiusza.

- Tak jakoś... myślałam. Bo inaczej po co by to wszystko było.

- Wszystko musi być po coś?

- Wszystko. - Pewność w jej głosie zdumiała go po raz kolejny. Sam nie wiedział po co zadał jej ostatnie pytanie.

- Natalio. Wierzysz w Boga.

- Nie. Teraz już nie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin