Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział szósty.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 19:45, 27 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział szósty.

Jesień 1986, Gdzieś poza przestrzenią

Profesor Szluchtin wyglądał na wzburzonego. Starał się przynajmniej tak wyglądać. Bołdin nie miał problemu z wyczuciem właściwych emocji swojego rozmówcy. Do kontynuowania dyskusji zniechęcał go fakt, że nie był to pierwszy przypadek z udziałem jego nadpobudliwych dziewczyn. Jeszcze dwa lata temu, starał się funkcjonować niezauważalnie dla innych. Nie było żadnych wypraw poza teren wyznaczony przez Lekurierowkę i błękitny Kampus. Pilnował swoich podopiecznych tyleż bezwzględnie co skutecznie. Kilka osób łamiących zakazy pożegnało się z Internatem. Później, kiedy okazało się, że działania, kiedyś podjęte przez nieżyjącego już Jurija Władimirowicza są skuteczne, odkręcił śrubę. Teraz żałował.

- Powtarzam po raz kolejny. - Głos profesra przeszedł w wyższe rejestry. - Sytuację, w której młode uczennice wyciągane są z łóżek pracowników naukowych, uważam za niedopuszczalną. Partia zleciła nam prowadzenie konkretnych badań i nie możemy sobie pozwolić na marnowanie cennego czasu. Zwłaszcza, że nie były to zwyczajne łóżkowe ekscesy, ale kapitalistyczna dekadencka orgia.

Surowo zakazane eskapady do Instytutu zdarzały się regularnie od ponad roku. Personel placówki był mieszany (z dużą przewagą samczego żywiołu) i swego czasu, chłopaki również wymykali się z Internatu. Wyprawy płci pięknej pracownicy naukowi tuszowali jak mogli, jednak męskie wizyty naruszały i tak mocno zachwiane proporcje. Bardzo ostre scysje zmusiły Dyrektora do ponownego ukrócenia tego procederu. Dżentelmeńska umowa, którą zawarł z chłopakami dawała im tyle, że przez palce patrzył na to, jak asystentki zakradają się do jego internatu i "deprawują" chłopaków. Tyle, że to był już problem Instytutu a nie Internatu. No cóż, ta "dekadencka orgia", sformułowanie w liczbie pojedynczej, nieco Bołdina zdziwiło. Dekadenckie orgie zdarzały się cały czas i ciężko było uwierzyć, że Szluchtin o niczym nie wiedział.

- Zgadzam się Profesorze Szluchtin. Wyciągnę stosowne konsekwencje wobec...

- Stiepanie Iwanowiczu - przerwał profesor tonem znacznie bardziej pojednawczym - nie krępujcie się. Już dawno proponowałem mniej oficjalne formy. Wania jestem. - Bołdin zobaczył przd nosem kieliszek koniaku. - Nie chodzi o to aby wyciągać konsekwencje ale by wystąpić na forum rady wydziału i publicznie napiętnować sprawców. Przecież wina nie leży po stronie dziewczyn. To jak? Mogę na was liczyć?

- Odpowiem, ale najpierw porozmawiam z pannami. Są ostatecznie dorosłe - Nie musiał używać swojego szóstego zmysłu, aby odczytać, że Szluchtinowi chodzi o zdyskredytowanie paru chłopaków z projektu fizycznego-chemicznego a nie o same ekscesy. Popatrzył na profesora. Po dwóch latach przebywania w wirtualnym świecie brzuszek mu zniknął. Postawny pięćdziesięcioparolatek mógł się podobać panienkom, jednak swoją aktywność wolał skierować w inną stronę. Nie była to działalność naukowa, bo w tej materii cały fizyczno-chemiczny projekt od samego początku dreptał w miejscu. Tak jak wszyscy. Anse, konflikty i przede wszystkim mordercza walka o prestiż a w konsekwencji o gaże i inne profity w świecie realnym, to było to, co pracowników naukowych interesowało najbardziej. Tyczyło się to niestety, całej społeczności zapuszkowanej w Kronosie. - Jak tam wasza wątroba? - Usiłował zmienić temat.

- Nowe życie Towarzyszu. Wszystko funkcjonuje i trzeba mieć nadzieję, że tak pozostanie.

- Kobiety chyba...

- Moje życie prywatne nie jest na pokaz. - Zaprotestował gwałtownie Szluchtin

* * *

Tym razem Bołdin miał się nad czym zastanawiać. Szluchtin homoseksualistą z pewnością nie był. Ale to, że tak szybko uciął dyskusję, było zstanawiające. Dał się wyczuć charakterystyczny "szmerek duszy" (jak to Bołdin, wbrew marksistowskiej nauce, nazywał w myślach). Czyżby słynny chemik też miał brudne łapki? Tak czy inaczej trzeba pogadać z dziewcznami.

Rozmowa z Nataszą nic nie wniosła. Udziału w orgii nie brała. Świnia Szluchtin bezceremonialnie wtargnął do pokoju asystenta Antona nakrywając parkę in flagranti. Spotykali ze sobą od ponad roku. Zarówno młody chemik jak i to, co ich łączyło wyglądało zbyt poważnie, żeby wtrącanie się przyniosło dobre rezultaty. Za to Roza i ta nowa, Wiktoria, wypiły o wiele za dużo i rozrabiały jak zające w kapuście. Musiał się nieco wysilić, żeby nie parskąć śmiechem, kiedy barwnie i w szczegółach opowiadały przebieg imprezy. Perspektywa kary podniecała je tylko. Wiktoria, która jeszcze nigdy nie odwiedzała jego gabinetu w takim charakterze, bała się natomiast Roza... najchętniej odbierałaby "karę" do białego rana. Pomimo podchwytliwych pytań, nie udało mu się wyciągnąć żadnych wniosków na temat tego, co knuje Szluchtin. Przerwał im wywód, kiedy zaczęły popuszczać wodze fantazji.

Wpadka poza Internatem była siłą rzeczy karana surowiej. Po dwadzieścia pasków na goły tyłek było w takich razach karą zbyt łagodną. - Tydzień kacetu i dwadzieścia pasków. Dziesięć dostaniecie dzisiaj i dziesięć pojutrze - zawyrokował. Miny im się wydłużyły. Tydzień Kacetu! Wiktoria przełknęła ciężko a Rosa, skruszona i zdesperowana, spojrzała na niego pytająco. - Zobaczysz dlaczego. - uprzedził pytanie. Wyprosił Wiktorię. Żelazną zasadą było nie poniżać dziewczyn publicznym wykonywaniem kary, chociaż wiedział, że większość nie miałaby nic przeciwko.

- Ja muszę do toalety. - Roza spojrzała na niego błagalnie - Pięć minut Panie Dyrektorze. Proszę.

- Pięć minut.

Wróciła, jak przypuszczał, po kwadransie. Delikatny zapach perfum wypełnił pokój. Musiała wziąć prysznic i wypięknić się tak jak lubiał. Podeszła do kozła, zadarła zwiewną sukienkę i gestem, który bardziej przypominał taniec na rurze, wypięła swój duży kształtny tyłek. Majtek oczywiście nie miała.

- Czy ty nie zapomniałaś się w coś ubrać? - Ceremonia zdejmowania majtek odbywała się w gabinecie.

- Zdjęłam teraz, w toalecie.

Kłamała. Nie spieszył się. Lubił takie oczekiwanie. Dziewczyny też lubiały. Marta potrafiła dostać orgazmu przed pierwszym uderzeniem a Rozie niewiele brakowało. Odłożył pasek i usiadł na krześle, na wprost przed napiętym tyłeczkiem. Poprawiła się nieco, lekko rozsuwając swoje mocne, pięknie wyokrąglone nogi. Zaczął ją delikatnie łaskotać pod kolanami. Krzyknęła przeraźliwie i naprężyła się cała. Dłonie kurczowo zacisnęła na chwytakach z boku urządzenia.

- Dlaczego nie nosisz majtek? - Łaskotał ją bezlitośnie pod kolanami, po udach i słuchał przerywanej wybuchami śmiechu opowieści o majtkach, które przegrała w pokera do jedego z chemików i o tym, że będzie musiała je wykupić. Pretekst dobry jak każdy inny. Kiedy zaczął muskać czubkami palców delikatne pośladki śmiech przeszedł w wycie. Dostała coś w rodzaju drgawek, ale piękna pupa cały czas była do jego dyspozycji. Przerwał łaskotki, kiedy osiągnęła granice wytrzymałości. - A jak zamierzasz je wykupić? - Zapytał podchodząc od przodu. Jeszcze się śmiała. Popatrzyła na niego i oblizała się tak, że Bołdin nie miał wątpliwości, co do charakteru zakładu i tego, o co go jednocześnie skamlała. Choć już nie mieścił się w spodniach, postanowił poczekać. Wytarł jej łzy i niespiesznie wziął pasek. Ciało dziewczyny napięło się w niespokojnym oczekiwaniu. Głośny trzask i głębokie westchnienie. Jeszcze raz i jeszcze. Przy czwartym razie wydała z siebie coś w rodzaju miauknięcia. Gdyby teraz w nią wszedł to przeżyłaby chyba orgazm życia. Za siódmym uderzeniem zawyła głośno. Jej nogi rozsuwały się coraz bardziej a tyłeczek wypinała coraz mocniej. Prowokowała go całym ciałem. Za dziesiątym uderzeniem jej głęboki skowyt przeszedł w śmiech lekki a szczęśliwy. Bołdin pokręcił głową. Niby znał je dobrze, a każda potrafiła go czymś zaskoczyć.

Znowu zaczął taniec opuszkami palców po lekko zaczerwinionej skórze. Tym razem nie czuła łaskotek. Przyspieszony, niemal chrapliwy oddech i gwałtowne skurcze świadczyły, że jego ofiara jest blisko. Kiedy zaczął wchodzić w nią powoli, wycie niosło się po całym Internacie.

* * *

Jedną z tajemnic niewolniczego oddania, jakieg doświadczał dyrektor było to, że nigdy nie opuszczał "penitencjariuszki" zaraz po spełnieniu. Wielki orgazm wymagał wiele czasu. Wiktoria musiała na swoją kolej czekać dobrą godzinę. Tym razem, zamiast zawsze wesołej, gotowej na wszystko, rozpalonej okrągłej, panienki miał przed sobą dziewczynę szczupłą i smutną. Nawet uśmiech miała smutny. Lęk walczył w niej z ekscytacją. Popatrzył na jej wąskie zgrabne stopy: długie, piękne, fachowo wypielęgnowane. Kiedy zabierał ją do Internatu, była prawie łysa i przypominała szkielet człowieka. Nowotwór, czerniakiem zwany, dawał liczne przerzuty i nie tylko brudny, zrogowaciały naskórek na dłoniach i stopach mógł przyprawić o mdłości. Po chorobie pozostało kilka drobnych znamion. Jeszcze nieco wiotkie mięśnie odzyskiwały siłę. Kruczoczarne kręcone włosy, częściowo upięte, opadały bujnymi lokami na ramiona. Zastanowił się, ile godzin musiała spędzić w histerycznym amoku, wyjąc, śmiejąc się i błagając o litość, zanim ktoś doprowadził jej skórę do takiego stanu.

- Zdejmij sandały

Zdjęła posłusznie.

- Masz łaskotki.

- Tak. - Powiedziała niepewnie - Aa tam - spojrzała na swoje stopy - największe. Był w jej zachowaniu i strach i prowokacja.

Usiadł w fotelu. - Weź stołek i usiądź przede mną. Nogi połóż mi na kolanach. Możesz krzyczeć, płakać i śmiać się, ale nie wolno ci się ruszyć. - Jej kolana zadrżały z wrażenia, ale po chwili siedziała dokładnie tak jak jej kazał. Widok był rzeczywiście cudowny.

- Bardzo mi się podoba, że jesteś taka zadbana. Kto ci w tym pomógł? - Przez następny kwadrans trzymał dziewczynę na granicy wytrzymałości. Pieścił, całował i delikatnie głaskał. Opowiadała wsród jęków i wybuchów śmiechu. Jej głos to łamał się to przechodził w krzyk. Całą sobą starała się poddawać jego dotknięciom. Bołdin wiedział, że wystarczy jeden ruch i dziewczyna w nieokiełznanej histerii wyskoczy pod sufit. Nie każda nadawała się do takiej zabawy ale Wiktorię można będzie wytresować. Zwłaszcza, że jak się dowiedział z opowieści, jej pielęgnacja nie była dziełem Borysa, szkolnego deramtologa-sadysty ale sympatycznych kolegów i koleżanek, instruowanych przez Starą.

Dermatologa spacyfikował jakiś czas temu i wizyta w jego gabinecie zależała wyłącznie od dobrej woli "pacjentek". Prawa rynku okazały się bezlitosne a dziewczyny same, zwykle z pomocą chłopaków, brały w obroty kiepsko zadbane nowicjuszki. Chociaż podczas swoich kosmetycznych zabiegów regularnie przeginały pałę, przy dyskretnej kontroli ze strony Bołdina, ta forma "pielęgnacji" okazała się mieć większe wzięcie. Dermatolog zrobił sie nieco delikatniejszy ale na nadmiar pracy nie narzekał.

Jazda zaczęła się wkrótce po tym jak Wiktoria zamieniła szpital na Internat. Obrabiali ją przez kilka kolejnych wieczorów tak, że nie była w stanie odróżnić orgazmu od łaskotkowej histerii. Hormony ruszyły gwałtownie. Brzydkie... bardzo brzydkie kaczątko, właśnie przeistaczało się w łabędzia i odkryło swój własny świat pełen lęku, ekscytacji, cierpienia i rozkoszy.

- Zdejmij majtki.

Tak jakby na to czekała.

- Nie potrafisz zdjąć majtek - skarcił ją Bołdin. - Musisz to robić dla kogoś. Dla mnie. Wszystko musisz robić dla kogoś. Robienie czegokolwiek tylko po to aby zrobić, nie ma sensu. Spróbuj jeszcze raz.

Następnym razem było już nieco lepiej, ale do wirtuozerii stałych bywalczyń dyrektorskiego gabinetu, sporo brakowało.

- Krzyczeć też możesz dla kogoś albo tylko dla siebie - dodał, kiedy pierwsze trzy uderzenia zaskutkowały jedynie przyspieszonym odddechem. Pogłaskał ją po pośladkach. - Kiedy krzyczysz dla kogoś, dostajesz coś więcej niż ból - szepnął jej do ucha. Czwarty raz, choć delikatny, prawie bezbolesny, wywołał przeciągły gardłowy jęk. Po każdym następnym nie miał wątpliwości, że jej jęki i szloch są dla niego. Eksplodowała przy ósmym uderzeniu.

* * *

Fiodor miał problem. Co gorsza oczekiwał, że dyrektor rozwiąże ten problem za niego. Niedoczekanie, chociaż... może warto. Fizjoterapeuta z zawodu (i z zamiłowania) był przyzwoitym facetem. Naturalną koleją rzeczy, w Internacie odpowiadał za zajęcia fizyczne. Trenował również z pracownikami i pacjentami projektu medycznego. Postawny blondyn o typowej, germańskiej urodzie, cieszył się sporym, chorobliwym wręcz zainteresowaniem płci pięknej. Przez trzy lata używał życia ku uciesze własnej i swoich podopiecznych. Trzy miesiące temu dostarczono na oddział szpitalny resztki kogoś, kto kiedyś był dziewczyną. Wieku czy urody nie dawało się określić. "Wyleczona" w realu białaczka zaskutkowała aplazją szpiku. Dziewczyna zamiast spokojnie umrzeć na zapalenie płuc została zaatakowana przez wszystkie możliwe i niemożliwe grzybice. W tym stanie dostarczono ją do Kronosa. W projekcie medycznym była to już czwarta osoba nie rokująca w żadnym stopniu. Poprzednie trzy zmarły. Jednak w przypadku Natalii, mechanizmy odpornościowe uruchomione przez "coś" zaczęły działać. Po miesiącu była w stanie sama usiąść, włosy zaczęły jej odrastać. Masa ciała mierzącej metr sześćdziesiąt blondyneczki, przekroczyła trzydzieści pięć kilogramów. Po dwóch miesiącach siły wróciły zupełnie. Przybierała na wadze w szybkim tempie. W końcu się roztyła. Ważyła sześćdziesiąt trzy kilogramy a i sprawność ruchowa pozostawiała wiele do życzenia. Pacjentka przyszła na zajęcia do Fiodora. Nastąpiło coś bardzo gwałtownego. Zaiskrzyło.

Panny w Internacie wyłaziły ze skóry ale ich trener zaczął się zachowywać jak skończony prawiczek. Kiedy na wczorajsze zajęcia, dwanaście dziewcząt stawiło się tak jak je Pan Bóg stworzył i stojąc w szeregu zaprezentowało swoje sterczące cycuszki oraz starannie wygolone myszki, fizjoterapeuta uznał, że trzeba pogadać z Bołdinem.

Po tym, co przez ostatnie trzy godziny wyprawiał z Rozą i Wiktorią, dytektor potrzebował chwili, żeby przestawić się w "tryb belfra". Jego penitent wparował do gabinetu zaraz po tym jak dyrektor zakończył trudny proces wewnętrznej przemiany. Bołdin musiał ugryźć się w język, by nie pieprzyć morałów o naturalnych koncekwencjach tego, że Fiodor postawiony w sytuacji delikatnie mówiąc kuszącej zachowywał się tak a nie inaczej.

- Czy praca w szpitalu jest dla was równie kłopotliwa? - szukał jakiegoś wyjścia.

Jego rozmówca złapał trochę luzu i usiadł wreszcie w fotelu. Wyglądało na to, że dyrektor zamierza coś zrobić z tym fantem. - Już nie jest. - odparł - Po odejściu Profesora Wiancewa zaczęła się wymiana kadry. Mało kto pamięta, poza tym szpital to teraz kiepskie miejsce do tego rodzaju ekscesów. - Pomyślał przy tym, że jeszcze miesiąc temu, zamiast słowa "ekscesy" użyłby raczej "zabawa".

Rozmowę przerwało pukanie od drzwi. - Poczekajcie chwilę. Muszę załatwić sprawę z dziewczynami. Nie, nie trzeba. Zostańcie. - Dodał widząc, że Fiodor zbiera się do wyjścia.

Roza i Wiktoria, ubrane w swoje szkolne mundurki, weszły niepewnie. Bołdin wstał i podszedł do okna. Popołudnie przechodziło w wieczór. Przeciwległy brzeg Oki krył się we mgle. Mgła pojawiała się coraz częściej. Tak jakby świat, w którym przyszło im funkcjonować kurczył się i tracił swoją wyrazistość. Mgła sprowadzała niewesołe mysli i nie pozwalała się skupić na codzienności. Otrząsnął się i odwócił. Po drugiej stronie biurka, dziewczyny patrzyły wzrokiem tyleż potulnym co błagalnym. Ileż pięknych planów obracał w nicość tydzień Kacetu.

- Zastanawiam się moje panie ile warty jast dla was tydzień w Internacie. - Iskierki w oczach świadczyły, że wyjdą ze skóry, żeby nie iść do celi.

- Zrobimy wszystko, czego Pan Dyrektor sobie zażyczy. - Roza nie poruszyła biodrami, nie zakręciła językiem. Bołdin wyczuł, że naprawdę postarała się, aby jej słowa nie zawierały ani śladu czegokolwiek, co mogłoby mieć seksualny podtekst.

- Tam na zewnątrz, w realu, próbowałyby pewnie ofiarować swoje śliczne ciała w zamian za złagodzenie wyroku - pomyślał Bołdin - teraz już nie próbują nawet w obecności Fiodora. To dobrze, bardzo dobrze. - Na dyrektorskiej twarzy pojawił się jadowity uśmiech belfra. - Różyczko, mówi ci coś słowo "synapsydy"?

- Eee. - Roza desperacko grzebała w pamięci - Gady ssakokształtne! - zawołała tryumfalnie. - Typ gady ssakokształtne.

Mina ich pana i władcy świadczyła, że nie jest szczególnie zachwycony odpowiedzią. - A "chordata" coś ci mówi?

Zorientowała się w pomyłce. - Podtyp, nie! Gromada gady ssakokształtne!

- A jak nazwiesz gromadę ssaków? - Zwrócił się do Wiktorii akcentując słowo "gromada"

- Mamalija? - popatrzyła pytająco na Fiodora. Ten uśmiechnął się po raz pierwszy od kilku dni. - Mammalia. - Dodała głosem nieco bardziej stanowczym.

- Zatem pojutrze będziesz zamiast mnie opowiadać o systematyce ssaków a ty - wskazał na Rozę - o systematyce gadów ssakokształtnych. - Spojrzał na zegarek. Macie bardzo mało czasu. Jak będę zadowolony, nie będzie kacetu. Jak coś pomylicie, to dodatkowy tydzień w celi. Możecie zrezygnować z mojej propozycji i pójść na jeden tydzień. Nie musicie ryzykować. - Dodał siląc się na poważny ton.

- My się nauczymy. - Roza zadecydowała za koleżankę.

- Nie zrozumiałaś mnie panienko. Ty się nie masz nauczyć. Ty masz poprowadzić lekcję o systematyce synapsydów. Tak jak ja bym to zrobił.

Skala problemu zaczęła do nich docierać. Różyczka nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła się targować. Stanęło na tym, że na przygotowanie dostały jeden dzień więcej. Bołdin wspaniałomyślnie zwolnił je z zajęć. Ku osłupieniu przypatrującego się całej scenie Fiodora same wybrały kacet jako miejsce do zakuwania.

- Potraficie robić rzeczy, o których mógłbym tylko pomarzyć. - Weschnął fizjoterapeuta, kiedy dziewczyny opuściły gabinet. - Przecież one autentycznie chcą się tego nauczyć.

- Jest tochę inaczej niż to widzicie Fiodorze Michajłowiczu. Dwóch chłopaków, którzy narozrabiali mają podobny problem, ale oni chcą się nauczyć po to, żeby wiedzieć, żeby być lepszym od innych. To, że mogą mi zaimponować swoją wiedzą, nie znaczy dla nich tak wiele jakby się zdawało. A dziewczyny nauczą się, bo ja tak chciałem. Dla mnie. Po to aby mi coś dać. To wielka różnica.

- Wielka różnica - powiedział w zamyśleniu Fiodor patrząc we mgłę, która zdawała się wchodzić do gabinetu - I wielki problem. Nie można się podzielić dla wszystkich. Co powiecie, kiedy jedna z nich... kiedy ta jedna...

- Kiedy którąś z nich pokocham i kiedy ona mnie pokocha?

- Tak.

- Wtedy będę miał problem i nikt mi nie pomoże. Ja mogę wam pomóc. Proponuję rezygnację. Ktoś z biologicznego projektu byłby bardzo chętny na wasze miejsce. - Na twarzy Fiodora odmalowała się ulga.

- Jest jeszcze jedna sprawa. - Dodał po chwili wahania. Projekt krasnoarmiejców ma wolne miejsce na kursie technik walki. Nigdy nie byłem dobry w te klocki a teraz wszystko jest dla mnie... za ciasne. Nosi mnie. Człowiek czuje się szczęśliwy i wiecie... Potrzebna jest wasza zgoda.

Bołdin zamyślił się. Problemy z żołnierzami wydawały się należeć do przeszłości. Ostatniego lata przez cztery tygodnie prowadził jeden z terenowych kursów Specnazu. Choć chłopaki byli jeszcze bardziej powściągliwi w wyrażaniu emocji, wszystko wskazywało na to, że rozwój wydarzeń poszedł w dobrym kierunku. Pułkownik Gromkin wykończył konkurencję i trzymał żelazną ręką swoich podwładnych. Wizyty na miasteczku uniwersyteckim stały się niejako bardziej oficjalne i znacznie spokojniejsze. Ostatnio nawet pobratali się z jego chłopakami. Wskazówki dyrektora, który w przyjacielskiej pogawędce zasugerował swojemu koledze po fachu teorię kija i marchewki okazały się trafne.

- Macie moją zgodę, chociaż... musicie uważać. To jest przejście do innego świata. Niby tylko trzy razy w tygodniu po trzy godziny ale... postępujcie rozważnie. W projekcie militarnym, wyciągnięta ręka rzadko kiedy oznacza pomocną dłoń.

- Domyślam się co macie na myśli. I jeszcze przyjmijcie moje gratulacje. Potrafiliście okiełznać miłość dziewczyn...

- To nie jest miłość.

- ?

- One są... na szczęście... zafascynowane własnym uczuciem do mnie. I to by było na tyle.

* * *

Wreszcie mógł sobie obejrzeć pannę, która Fiodora Michajłowicza zagarnęła wyłącznie dla siebie. Natalia Tomczewa. Niewysoka, najwyżej metr sześćdziesiąt. Piękne ciemnoblond loki. Po chemioterapii, włosy w strefie zawsze odrastały efektownie. Patrzyła się na rozmówcę uważnie, ale co rzadko się w rozmowach z kobietami zdarzało, jej uwaga nie była udawana czy wymuszona. Ani szczupła ani gruba, za to zgrabna nieprzeciętnie. Po parku spacerowała boso, jakoś tak dziwnie lekko stawiając przepiękne, drobne stopy. Bołdin pomyślał, że jest to jedna z tych nieczęsto spotykanych postaci, dla których faceci zmieniają swoje kanony piękna.

Fiodor nie tylko zmienił swój kanon piękna. Cały cię zmienił. Dojrzał. Teraz wreszcie wyglądał na dwadzieścia sześć lat. Ćwiczenia w krasnoarmiejskim projekcie poszerzyły go znacznie w barach, dodały pewności siebie.

- Szkoda, że profesor Wiancew nie może ujrzeć, tego który mu sprawiał najwięcej kłopotów.

- Macie jakieś wiadomości od profesora?

- Wiem tylko, że wrócił do Leningradu, do kliniki. - Zapadło milczenie. Wspomnienie przykrych wydarzeń sprzed dwóch lat ciągle jeszcze potrafiło zepsuć humor tym, dla których pojęcie zwykłej przyzwoitości nie było pustym słowem.

- Teraz jest nowy dyrektor. Do kliniki przyjmuje się o wiele mniej osób. A najbardziej wkurza mnie to, że trafiają się całkiem zdrowi. Posiedzą przez kilka dni i znikają. Ja się pytam po co? Przecież nowotwór czy inną francę można jakoś rozpoznać... jeżeli się choć trochę chce.

- Inaczej patrzycie na świat Fiodorze Michajłowiczu.

- Bo świat jest teraz inny. - Uśmiechnął się i objął dziewczynę.

- Konflikty w służbie zdrowia wam nie przeszkadzają?

- Przeszkadzają. Kilka miesięcy temu była okropna zadyma. Oddziały próbowały podrzucać sobie zmarłych. Nie dosłownie - uśmiechnął się drwiąco - tylko Profesor Własowicz, ten onkolog, postanowił udowodnić, że za niektóre zgony ponoszą odpowiedzialność inne oddziały. Straszna żenada. Poza tym wiecie jak to jest. Kiedy ktoś na odpowiednim stanowisku chce coś udowodnić to zawsze może. Ja staram się trzymać z boku i robić swoje. Jak wrócimy do Moskwy idę na studia. Na medycynę.

- Kim chcecie być?

- Ortopedą. A kim mógłbym być? Powiedzcie lepiej co tam w Internacie.

- Płacz i zgrzytanie zębami po odejściu Fiodora Michajłowicza - Zażartował Bołdin i ugryzł się w język. W obecności Natalii nie należało poruszać takich tematów. Spróbował wyczuć emocje dziewczyny ale poza lekkim rozbawieniem nie zauważył ani złości ani smutku ani zazdrości. Chyba było im ze sobą dobrze.


Ostatnio zmieniony przez szczepantrzeszcz2 dnia Nie 10:26, 20 Sty 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin