Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna Polskie Forum Łaskotek

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Sen Kalifa. Rozdział trzeci.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
szczepantrzeszcz2
Złote Pióro
Złote Pióro



Dołączył: 02 Paź 2012
Posty: 382
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 20:06, 24 Lis 2012    Temat postu: Sen Kalifa. Rozdział trzeci.

Wiosna 1983, gdzieś poza przestrzenią

Las przesuwał się niespiesznie za szybą samochodu. Cieszył się z powrotu do strefy. Z punktu zlokalizowanego tuż za obszarem granicznym odbył dwie rozmowy telefoniczne. To, czego się dowiedział, powinno go jako dyrektora placówki wkurzyć. Nie wkurzył się. Świat zewnętrzny z jego konfliktami wyglądał ponuro a tutaj problemy jego podopiecznych, z jednej strony nakazywały surowość a z drugiej, wprawiały w nastrój rozbawienia.

Najpierw usłyszał się, że czterech chłopaków zakradło się do projektu medycznego. Celem "komanda" były rzecz jasna pielęgniarki i co bardziej temperamentne pacjentki szpitala. Musiało dojść do jakichś scysji, skoro dyrektor Wiancew oficjalnym tonem wzywał go do kliniki. Legendy o tym, że pielęgniarki szpitalne nie noszą majtek pobudzały samczą wyobraźnię równie mocno, jak ustawiczne prowokacje płci pięknej, w jakich prześcigały się mieszkanki Lekurierowki. Potem informacja od Bohdana Andriejewicza. Po pierwszej lekcji zniknęła Monika Blicyn, Kaisa, Miszka Kozak i Kuma. Wszystkich znaleziono w budynku gospodarczym przy basenie i sali gimnastycznej. Dziewczyny były podobno ledwie żywe. Chłopaki unieruchomili je starannie w jakichś zaimprowizowanych dybach i przez kilka godzin łaskotali do szaleństwa. Dyrektor domniemywał, że nie skończyło się na łaskotkach ale ofiary, o innych "sankcjach" nie wspominały. Jak zwykle. Nie był to pierwszy taki przypadek. Jeżeli któraś panna pragnęłaby uniknąć losu Moniki czy Kaisy nie napotkałaby większych problemów. Po roku funkcjonowania Internatu, taka się jeszcze nie znalazła.

Dojeżdżał już do skrzyżowania, gdzie od drogi wiodącej do Lekurierowki, w lewo odchodziła droga do kliniki. Korciło go aby wezwać dziewczyny na dywanik i poznać prawdę. Ani Monika ani Kaisa do aniołków nie należały. Zanim trafiły do Internatu, obie miały za sobą kilka dni spędzonych w komisariatach za rozmaite rozróby. Zastanawiał się jak można łaskotać Kaisę do szaleństwa. Chyba, że po nogach. Od góry nie miała prawdziwych łaskotek. Skręcił w lewo. Pierwszą wersję wydarzeń usłyszy od chłopaków.

* * *

Wszedł do gabinetu Wiancewa. Na kanapie siedział facet w mundurze kapitana KGB. Dobrze zbudowany, średniego wzrostu o twarzy pospolitej, trudnej do zapamiętania. Dyrektor kliniki dokonał prezentacji. Stiepan Iwanowicz nie pokazał po sobie zaskoczenia. Miał przed sobą Watkina. Legendę oddziałów specjalnych, tygrysa wietnamskiej dźungli. W czasie wojny nie zetknął się z nim osobiście ale był pewien, że w określeniu tym, nie ma słowa przesady. Bołdin w czasie wojny starał się zacierać ślady działalności a po powrocie na studia, siedział cicho jak mysz pod miotłą. Jego kolega po fachu wręcz przeciwnie. Starannie budował swoją legendę.

Rozmawiając, dyrektor starał się patrzeć Watkinowi w oczy. Dowiedzieć się czegoś o człowieku, wzbudzającym powszechne zainteresowanie. Na początku czuł to, co nazywał betonową ścianą. Naturę ludzką trudną do przeniknięcia. Gospodarz był spięty i lekko podenerwowany. Trochę przeszkadzało to w ocenie subtelności emocji. Stiepan Iwanowicz delikatnie próbował zejść na temat wojny. Kapitan chwycił haczyk. Wymienili kilka uwag. Pewność siebie. Coś jeszcze, nie wiedział co. Pustka? Okrucieństwo? Tak czy inaczej twardy typ. Ze zdziwieniem zauważył, że podziw jaki otaczał komandosa, na samym Watkinie nie robił wrażenia. Tygrys bufonem nie był.

Jak się Bołdin zdążył zorientować, wizyta związana była z jakimś wypadkiem w projekcie KGB. Faceci spod znaku miecza i tarczy potrzebowali konsultacji medycznych. Pozostawiony przez dyrektora kliniki w jego gabinecie patrzył jak ten nadskakuje Kapitanowi Watkinowi, jak odprowadza go do samochodu, jak wraca do budynku z posępną miną. Skończyła się kurtuazja, przyszedł czas na prozę życia.

Kiedy zostali sami, Wiancew taki uprzejmy już nie był. Słynny onkolog sprawiał wrażenie, jakby chciał rozwiązać problem raz na zawsze. Była to jego któraś z kolei próba rozwiązywania problemu. Stiepan Iwanowicz nie miał wątpliwości, że skończy się jak poprzednie. Westchnął i przyjął poważny wyraz twarzy. Posuwali pielęgniarki? Zgoda. Nie po raz pierwszy. Impreza u pani doktor Nataszy Fiodorowny też by przeszła, gdyby nie obsceniczny rysunek, wymalowany musztardą na ścianie saloniku, przez nawalonego jak samolot Borkę Mariancewa. Większą dezaprobatę wzbudził Piotr, który uciekając przed jakimś rozwścieczonym facetem, schronił się na drzewo (łaził jak małpa), rosnące naprzeciwko okien kliniki i przez godzinę śpiewał świńskie piosenki.

- Panie dyrektorze. - Biadał Wiancew. - Tam przecież starsze kobiety. Dzieci w środku. Jak to wyglądało? Dopiero wizyta kilku wojskowych pozwoliła opanować sytuację. Sierżant Szczerbatiew ściągnął chłopaka z drzewa, strzelił za przeproszeniem w pysk i wtedy reszta się uspokoiła.

- Często odwiedzają was wojskowi?

- Nieważne. Ważne, że zachowują się przyzwoicie... w przeciwieństwie do waszych urwisów. - Z tego co udało się Stiepanowi Iwanowiczowi wyczuć, szef kliniki nie był przekonany do swoich słów. Opis ekscesów również nie przyniósł mu spodziewanej w takich przypadkach, ulgi. Nadal ukrywał główną przyczynę swoich trosk. Trochę wysiłków musiał Bołdin włożyć, zanim onkolog pękł i opowiedział o tym, co się działo w nocy. Dwóch chłopaków a konkretnie Kozak i Kuma, w towarzystwie fizjoterapeuty Fiodora oraz trzech pielęgniarek, wtargnęli do kliniki. Do rekonstrukcji bitwy pod Kurskiem użyli sprzętu laboratoryjnego a następnie przerzucili się na prozę Karola Maya. Panienki przy pomocy jodyny oraz nadmanganianu potasu, ucharakteryzowały chłopaków na Apaczów. Impreza się rozkręcała, ale próba zapolowania na białą squaw przeniosła się z laboratorium na oddział pulmonologii. Spowodowało to reakcję tej części personelu, który akurat był trzeźwy. Przy współudziale co bardziej krewkich pacjentów, udało się wyprzeć intruzów poza budynek.

- Dobrze, że nie wtargnęli do sąsiednich pomieszczeń gdzie stoi droga aparatura. Skończyło się na stratach w szkle i w odczynnikach. No i pożar się nie rozprzestrzenił. - Wiancew dostrzegł wreszcie jakiś pozytyw.

Pożar? Budynek kliniki nie wyglądał na strawiony przez pożar. Dopiero na drugim piętrze dał się wyczuć nie tyle odór spalenizny, co charakterystyczny smród, jaki pozostawiały gaśnice pianowe. Idąc korytarzem Bołdin nie zauważył śladów ognia natomiast zacieki na ścianach, dziwnym trafem układały się w swoiste graffiti o charakterze jednoznacznie nieprzyzwoitym. Oględziny miejsca zbrodni nasuwały skojarzenia bardziej z Hiroszimą niż z polem pancernej bitwy. Wiancew przyznał w końcu, że prowodyrem był pracownik szpitala Fiodor Michajłowicz, starszy od chłopaków o lat kilka. Była to jak by nie patrzeć, okoliczność łagodząca.

- Nie mogę go wywalić na zbity pysk. - Jęczał dyrektor kliniki. - Przecież to siostrzeniec... no wiecie kogo. A poza tym zna się skubaniec na rzeczy. Fizjoterapii zaczął się uczyć tu na miejscu. Sam chciał. O anatomii nie miał zielonego pojęcia a od razu wiedział co trzeba robić. Ma w rękach coś takiego, z czym się człowiek musi urodzić. Szkoda by było, gdyby sobie poszedł. Ale rozrabia jak zając w kapuście! I co ja mam zrobić?

Dyrektor zaproponował, że znajdzie dla Fiodora pracę w Internacie i spróbuje spacyfikować nadaktywnego fizjoterapeutę. Jak będzie miał dużo do roboty to... pewnie i tak będzie hulał, ale mniej. Wiancew wyglądał na częściowo udobruchanego. Poszli do parku. Nieopodal pawilonu przychodni, jak najdalej od szpitalnego budynku, siedzieli we czterech, otoczeni przez grupkę siedmiu rozbawionych żołnierzy. Kac zaczął zbierać żniwo. Czuli się nie najlepiej. Docinki krasnoarmiejców pogorszyły im humory. Bołdin z daleka wyczuwał wściekłość chłopaków i wesołość wojskowych. Byli w odległości jakichś trzydziestu metrów gdy jeden z mundurowych podszedł do Piotra z niedwuznacznym zamiarem pokazania gówniarzowi gdzie jego miejsce. Kopnięty precyzyjnie między nogi skręcił się z bólu. Pozostali jakby czekali. Choć czwórka "dezerterów" nie należała to tych, którzy pozwalają sobie w kaszę dmuchać, z wyszkolonymi żołnierzami nie miała najmniejszych szans.

- Spokój! - krzyknął dyrektor. Nie pomogło. Dwóch mundurowych widząc nadchodzące posiłki, zwróciło się przeciw nadchodzącym. Błysnął bagnet. Więcej nie zdążyli zrobić. Stiepan Iwanowicz wyskoczył do przodu. Układ sił się zmienił.

Ponowne warknięcie Dyrektora zaskutkowało lekkim zawahaniem wsród walczących. Rozjemca też się zatrzymał, jednak głównie z tego powodu, że za plecami wyczuł zimną wściekłość. To nie mógł być Wiancew.

Huknął strzał.

Walka ustała natychmiast. Żołnierze bali się. Było widać gołym okiem.

- Jak ktoś się ruszy odstrzelę jaja. Tobie Bołdin też. - Szczerbatiew trzymał w ręku TTkę i nikt nie wątpił, że dotrzyma słowa.

- Panowie, nie po to tu przyszliście. - Zdesperowany onkolog usiłował łagodzić sytuację.

- Zabierz swoich a ja zabiorę swoich. - Spokojny i rzeczowy głos Dyrektora kontrastował z widokiem poobijanych, zakrwawionych chłopaków oraz dwóch żołnierzy, którzy nie mogli wstać o własnych siłach.

- Nie przyprowadzaj tutaj młodzieży. To niedobre miejsce. - Szczerbatiew spojrzał Bołdinowi w oczy i nic więcej nie powiedział.

Jesień 2008, lasy podmoskiewskie

Wizyta członka Komitetu Sterującego przypominała ich pierwsze spotkanie. Samochód z kierowcą, bez dodatkowych, uzbrojonych po zęby dżentelmenów. Ostrożny i przezorny Borys Makarewicz uznał, że ochrona nie jest już potrzebna. Tym razem nie wracali już do spraw bezpośrednio związanych z WJG. Prezydent żądał konkretów a tymi Projekt Kronos nie mógł się wykazać. Wyniki badań naukowych dotyczące fenomenu strefy, przedstawiały się bardzo mizernie. Nieco lepiej było z praktycznym wykorzystaniem osiągnięć a tutaj kluczem mógł być rozwiązany dawno temu zespół Bołdina i jego "coś", co nazywano pamięcią aktywną. Gość musiał wysłuchać wywodów precyzyjnych ale nasączonych niezrozumiałą terminologią a następnie, z gąszcza fachowych terminów, wyłowić to co istotne. Ciężka praca dla laika. Gdyby nie anegdoty i dowcipy ze swadą wtrącane przez gospodarza, Borys Makarewicz chybaby zasnął.

- Z tego co udało mi się zaobserwować - podsumował Stiepan Iwanowicz - projekty tak na prawdę zaczęły osiągać jakieś rezultaty pod sam koniec, w roku osiemdziesiątym siódmym. Kilku zapaleńców badało kanały jonowe...

- Przecież wtedy strefa przestała być bezpiecznym miejscem.

- I zaraz po pierwszym wypadku naczalstwo wszystkich projektów naukowych dało nogę. Zostali ci, którzy coś chcieli. Projekt Bio-techno składał się z kilkunastu a potem kilku entuzjastów. Takich, którzy byli skłonni zaryzykować własne jaja w imię idei, w imię czegoś więcej niż pieniądze i poklask. Jeden starszy gość i kilku młodych. To wszystko byli wysokiej klasy specjaliści od białek receptorowych. Wtedy zupełnie nie zwracałem na nich uwagi ale po kilku latach zaczęliśmy się razem bawić ligandami opartymi na związkach krzemu i wtedy... pojawiła się koncepcja tego, co nazywacie pamięcią aktywną. - Bołdin uśmiechnął się widząc jak Borys Makarewicz wymachuje rękami, dając mu znak aby się nie trudził i nie opowiadał o sprawach których nie rozumie i rozumieć nie zamierza. No cóż, był to stały problem ich dyskusji.

- Nie rozumiem meritum, ale wydaje mi się, że zamrożenie tych kilku projektów było złym pomysłem.

- Bardzo złym a ostatnie wydarzenia stanowią w pewnym sensie skutek uboczny.

- Macie na myśli ucieczkę tych trzech do Niemiec? Przecież to była prowokacja. Wyjechali ze strachu. Kolażew ich szantażował.

- W rzeczy samej. Ale potem z nimi rozmwiałem. Mieli jeszcze inną motywację. W strefie znalazło się sporo ludzi, którzy pragnęli działać. Naprawdę. Jurij Władimirowicz, jak mało kto, potrafił takich wyszukać. Oni ryzykowali życie tylko dlatego, żeby choć trochę poznać to, co niepoznane. Obawiam się, że to był pierwszy, ale na pewno nie ostatni taki przypadek. I tutaj podpisy pod zobowiązaniem do zachowania tajemnicy, ani strach przed Firmą, niczego nie zmienią.

- Macie rację. W najbliższych dniach komitet spotka się z Prezydentem... To do waszej wiadomości... paszła won! - Borys Makarewicz odgonił muchę, która natrętnie zaczęła mu bzyczeć przed oczyma. - Z ludźmi jest tak jak z innymi stworzeniami na tym świecie. Niezależnie od zagrożeń i okoliczności, można przewidzieć, że zawsze będą pewne rzeczy robić a pewnych unikać.

- I skutek takich działań też będzie statystycznie taki sam. - Mruknął Stiepan Iwanowicz dolewając do kieliszków koniaku. Jego gość zamyślił się.

- Chciałbym wam zadać pytanie natury osobistej.

Bołdin, po tygodniu znajomości nie miał nic przeciwko temu aby Borys Makarewicz zadał mu pytanie natury osobistej. Lekkie napięcie jakie wyczuwał w swoim gościu budziło w nim ciekawość.

- Byliście wychowywani przez dziadka.

- Tak. Mój ojciec zginął w czterdziestym piątym w czasie szturmu na Berlin. Matka była w owym czasie w siódmym miesiącu ciąży. Zmarła wkrótce po porodzie. Nie znałem swoich rodziców. Dziadek Anatol Nikołajewicz był jedyną bliską mi osobą, która przeżyła wojnę.

- Czy pamiętacie, w którym roku urodził się Anatol Nikołajewicz?

- O ile mnie pamięć nie myli, w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim. Dziwią mnie wasze pytania. - Bołdin ugryzł się w język. Nie chciał spłoszyć Borysa Makarewicza. Oczekiwał dalszego ciągu tej dyskusji. Ten jednak zastanowił się nad czymś i nie zapytał o nic więcej.

- Przepraszam - powiedział w zamyśleniu, zbierając się do wyjścia.

Ludzie różnie reagują, kiedy przychodzi im wtrącać się w nie swoje sprawy. Z doświadczeń Stiepana Iwanowicza wynikało jednak, że najbardziej bezceremonialna i bezczelna natura, nawet śledczy wydobywający zeznania z ofiary, czuje coś, co w normalnych warunkach często przekształca się w zażenowanie. Zdziwił Bołdina fakt, że u Borysa Makarewicza nie wyczuł śladu takich emocji. Tylko napięcie, ciekawość i... .

Był pewien, że nie jest to ich ostatnia rozmowa na ten temat.

Lato 1983, gdzieś poza przestrzenią

Drugi tydzień morderczego treningu dobiegał końca. Podjął się wyćwiczenia plutonu chłopaków z projektu militarnego, wiedziony przezornością i zdolnością przewidywania kroków przeciwnika. Trzy miesiące temu nie widział powodu, dla którego on, człowiek zaangażowany do zupełnie innych zadań, miałby wrócić do uprawiania swojego dawnego zawodu. Dżungla, strach, smród śmierci. Miał to za sobą. Awantura na terenie kliniki uświadomiła mu konieczność przeprowadzenia czegoś, co w myślach nazwał rozpoznaniem. Teraz już wiedział, że postąpił słusznie.

Bołdin mógł wracać. Uśmiechnął się na samo wspomnienie Internatu. Przez ostatnie dwa tygodnie przed jego wyjazdem, panowała atmosfera jakiegoś chorobliwego zakuwania. Przypominało mu to sesję egzaminacyjną z jego akademickich czasów. Byłoby jednak naiwnością przypuszczać, że taki stan rzeczy się utrzyma po jego wyjeździe. Wyobraził sobie co wyprawiają myszy, kiedy kota brak. Bohdan, Fiodor i Stara, jeżeli próbowali utrzymać dyscyplinę - dawno dali za wygraną. Ciało pedagogiczne zajęte wyłącznie ciałem. Aspekt pedagogiczny w zaniku. Zajęcia odbywające się jedynie w teorii. Bachanalia, święto rozpusty.

Siedział oparty o pień buka i patrzył się na chłopaków. Szkoda, że kilku z nich nie mógł się pozbyć, wysłać w diabły. Bez nich stworzyłby naprawdę niezłe komando. Bez tych czterech, sprawnych jak maszyny, zafascynowanych śmiercią, wypranych z uczuć. Typowe samce alfa. Wiedział, że będą potrafili spojrzeć dziecku w oczy i pociągnąć za spust. Wiedział, że szybko awansują w hierarchii podobnych sobie. I będą wysyłać kolejnych na śmierć, będą liczyć ofiary. Nie, nie ofiary tylko ku*wa, straty! A czy w sytuacji, kiedy własna śmierć wyda się nieuniknioną, potrafią zrobić co do nich należy? Nie zawsze. Znał to z własnego doświadczenia. Czasem ci, uważani za ostatnich okazywali się więcej warci. Czasem nie. Nie było reguły.

Szkolenie okazało się pożyteczne z innych względów. Dowiedział się bardzo wiele o krasnoarmiejskim projekcie. Chłopaki mieli wprawdzie nakaz milczenia ale Bołdin nie musiał się nikogo pytać wprost. Lata spędzone w Kronosie i przede wszystkim znacznie dłuższy od innych czas przebywania w wirtualnym świecie, wyostrzyły mu zdolność wyczuwania ludzkich emocji. Wiedział, kiedy ktoś kłamie, wiedział kiedy ktoś dusi w sobie agresję. Zauważył to dużo wcześniej, kiedy na dziko, bez wiedzy dziadka, odbywał "wycieczki do wewnątrz Mrówczego uroczyska", jak wówczas nazywał w myślach swoje eskapady. Główną motywację stanowiło spotkanie Katarzyny Pietrowny, jednak pensja Lekurierów była pusta. Odnalazł wiele innych budowli, które nie pasowały do otoczenia. Stały w dzikim lesie niby przywołane z czyichś myśli. Nikomu nie zdradził się ze swoimi odkryciami. Nawet dziadkowi nie powiedział, że mrówcze uroczysko zmienia człowieka. Istotnie zmienił się, ale w wietnamskim piekle szósty zmysł i niesamowita sprawność fizyczna, niejednokrotnie pozwalały uchodzić z życiem. Później też okazywały się nader przydatne. Na przykład teraz, kiedy szkolenie zbliżało się ku końcowi a jego podkomendni, chociaż chcieliby coś powiedzieć, po prostu się bali. Nie miało to większego znaczenia bo Bołdinowi wystarczały rozmowy o niczym. Sprytnie sformułowane pytania, na które nie spodziewał się odpowiedzi w połączeniu z autorytetem, który sobie wyrobił, pozwoliły mu czytać w duszach chłopaków jak w książce. Obraz wirtualnej rzeczywistości był niewesoły. Obraz rzeczywistości realnej, tej do której na kilka dni musiał powrócić, również nie napawał optymizmem.

Projekty służb bezpieczeństwa i militarny były przeżarte przez konflikty. Skakali sobie do gardeł zarówno wewnątrz każdego z projektów jak i między projektami. Brak jednolitego dowództwa i spory kompetencyjne, doprowadziły do rozlewu krwi i do kilku zabójstw. Wszystko skrzętnie tuszowano. Śmierć była wpisana w szkolenie Specnazu i nawet w czasie kontroli nie zadawano zbędnych pytań. Bołdin znał temat z autopsji i nie kwestionował takiego stanu rzeczy. Drażnił go jednak fakt, że ci, którzy za to odpowiadali, cały projekt mieli głęboko gdzieś. Nie ulegało wątpliwości, że szkolenia wirtualne były skuteczniejsze i można je było przeprowadzać znacznie szybciej... i taniej. Nie ulegało również wątpliwości, że dowódcy zamiast szkolić, wzięli się za łby w świecie realnym. Stąd zapewne propozycja, żeby człowiek z zewnątrz zajął się tym co zaniedbali inni. Żołnierze pozostawieni samym sobie stanowili zagrożenie dla pozostałych projektów. Z tego co zdołał wywnioskować, tajemne wyprawy do miasteczka akademickiego miały miejsce wielokrotnie. Temu się akurat nie dziwił. Dla kobiet z Fiz-chemu, Bio-techno czy Medycznego, chłopaki w kamaszach stanowili bardzo atrakcyjną alternatywę. Coś jednak skrywali. Nie chcieli mówić nawet między sobą. Skóra mu cierpła na samą myśl, że czwórka wyszkolonych morderców z tego tutaj oddziału, znalazłaby się na terenie jego "Kurierowki". A nie było to takie nierealne. Odległość do Internatu w linii prostej wynosiła jakieś sto kilometrów. Śmigłowców wprawdzie nie mieli, ale UAZem można było dotrzeć w trzy godziny. Nie może tego tak zostawić. Na komitet sterujący nie mógł liczyć. Zresztą posiedzenie komitetu niczego by nie rozwiązało. Będzie musiał pojechać do Moskwy. Tam mógł porozmawiać z kimś dużo ważniejszym.

* * *

Dowódca ośrodka, czy raczej kolejny jego zastępca, był bardzo uprzejmy, ale starał się spławić Bołdina jak najszybciej. Uwagi o dalszej owocnej współpracy przeplatał z wymówkami o braku czasu. Dyrektor wytargował terenówkę. Dotarcie do granicy strefy i wyjście z wirtuala powinno być kwestią godziny.

Obszar wirtualnej rzeczywistości, zwany przez uczestników projektu strefą, miał w przybliżeniu kształt owalny o długości 500 i szerokości 250 kilometrów i obejmował dorzecze Oki. W pobliżu centrum topografia do złudzenia przypominała tę rzeczywistą. Im dalej od środka, tym większe były odstępstwa. Sama granica strefy miała szerokość około 10 kilometrów. Nikomu głębiej nie udało się wejść. Mgła otulała tego, kto chciałby przekroczyć krańce świata. Zmysły odmawiały posłuszeństwa. Uczucie zmęczenia wręcz przykuwało do ziemi. Następowało wybudzenie z jego przykrymi skutkami ubocznymi.

Lato 1983, okolice Riazania, Moskwa

Pacjent ciężko podniósł się z łóżka. Kolejna fala mdłości nie była już tak silna, ale świat był dalej rozmazany. Gestem dał sanitariuszowi znać, że rzygać nie zamierza. Częste jak na warunki projektu wychodzenie pod kopułę sprawiły, że Bołdin był jednym z nielicznych, którzy do reala powracali w miarę bezproblemowo, choć może nie było to właściwe określenie. Głowa bolała go strasznie, jednak czuł, że ból mija. W pozycji siedzącej spędził dobre pięć minut, wolał nie polegać na swoim zmyśle równowagi. Jego ciało, po kilku miesiącach letargu, cuchnęło strasznie. Prysznic! Po uływie pół godziny widział już na tyle dobrze, że mógł zasiąść przed klawiaturą terminala. Wprowadzenie odpowiednich kodów pozwoliło mu wysłać wiadomość do pewnego człowieka. Ten człowiek przekaże ją dalej do kogoś, po kim spodziewał się, że rozwiąże jego problemy. Oficer KGB już czekał. Przesłuchanie. Cholera. Miał nadzieję, że chociaż na raport będą mogli poczekać.

Przesłuchanie trwało krótko i poprawiło Bołdinowi humor. Oficer nadzorujący nie sprawiał wrażenia, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Procedury bezpieczeństwa, mające uniemożliwić przypadkowe bądź umyślne odłączenie osób pogrążonych w letargu, wydawały się istnieć nie tylko na papierze. Porządek i sprawna organizacja wyraźnie kontrastowały z chaosem, jaki wkradał się do wirtualnego świata. Rygorystyczne przestrzeganie przepisów miało też swoje minusy. Z kilku pytań, które udało się Bołdinowi zadać, wywnioskował, że zwołanie komitetu sterującego nie leży w zasięgu jego dyrektorskich możliwości. Sporządzenia raportu nie dało się odłożyć. Pospiesznie wypił kawę, wypełnił rutynowe formularze i po kilku godzinach pędził w stronę stolicy.

* * *

Stiepan Iwanowicz chwilę się zastanawiał, zanim stwierdził, że podłączenie do wirtualnej rzeczywistości mogłoby w znacznym stopniu poprawić stan zdrowia jego rozmówcy. Jeszcze nie skończył mówić, już zdawał sobie sprawę, że tego tematu nie powinien był poruszać. Złość jaką wyczuł u swojego szefa nie odnosiła się na szczęście do niego.

- Stiopa, bądź poważny. Czy na moim miejscu pozwoliłbyś wysłać swój mózg w nieznane. - Jurij Władimirowicz leżał pod kroplówką. Ile mu zostało? Dwa miesiące, trzy? Bołdin nie miał wątpliwości, że twórca Kronosa gaśnie. - Każda instytucja musi mieć swoją władzę - podjął po chwili milczenia - najlepiej jednoosobową. Twój internat działa sprawnie bo ty tam jesteś alfą i omegą... taki Car Otiec - uśmiechnął się słabo - W pozostałych projektach nie określono dobrze kompetencji. W demokrację nam się bawić zachciało. Że niby co? Sami siebie będą kontrolować? Ot wysyłaliśmy ludzi w nieznane. Tak jak pięćset lat temu Portugalczycy wysyłali swoich do Nowego Świata. Tyle, że tam za oceanem, przybysze stawali twarzą w twarz z tubylcami. Przeciwnik był dobrze określony. A teraz. Po wprowadzeniu w letarg, każdy musi się zmierzyć z samym sobą. Organizm zaczyna funkcjonować znacznie wydajniej niż w rzeczywistości a i tak za dużo sprzecznych interesów, za dużo ambicji, zadanie zbyt trudne. Mają tę zachodnią demokrację a tam, taka Rosija w miniaturze. - Jego głos zabrzmiał goryczą.

Zapadło milczenie. Jurii Władimirowicz męczył się szybko. Dopiero po pewnym czasie zauważył, że gość stoi w pozycji "spocznij". Gestem wskazał fotel. Bołdin usiadł. Niezależnie od stanu chorego, musiał mu powiedzieć, że źle się dzieje w wirtualnym państwie. Ostatecznie od tego był. Streścił swoje spostrzeżenia tak krótko jak to było możliwe.

- Biuro polityczne nie widzi wielkiego sensu w kontynuowaniu projektu. Zresztą, prawie się tym nie interesują. - Chory przemówił głosem nieco mocniejszym. - Komitet Sterujący ma władzę na tyle silną, że nie dopuści aby kogoś samowolnie odłączono od obiektu. Kłócą się międyzy sobą, ale robią co do nich należy. Ograniczenia jakie narzuciliśmy, są gwarancją. Ale ograniczenia działają również w drugą stronę. Ingerencja Komitetu w wewnętrzne sprawy projektów nie jest możliwa. Nawet wtedy, kiedy wydarzenia przybiorą zły obrót. Gdyby Internatem zarządzał kto inny, sam kazałbym się wycofać... twoim podopiecznym, twoim ludziom i tobie. Ale ty po pierwsze nie jesteś tylko od Internatu a po drugie masz możliwość decyzji.

- Jeżeli coś zagrozi Internatowi, zarządzę ewakuację.

- Nie byłoby to dobre rozwiązanie. Lepiej aby stan osobowy zmniejszać płynnie, zgodnie z procedurami... jeżeli już musisz. Przyszedł mi do głowy inny pomysł. Wstrzymamy dopływ nowych ludzi do projektów militarnych. To możemy zrobić. Niech poczują się zagrożeni. Będą musieli wykazać swoją przydatność. Zaczną szukać nie tylko winnych ale i tych, którzy się do czegoś lepiej nadają. Potem przekręcimy kurek w drugą stronę. Nadmiar osób do przeszkolenia dobrze im zrobi. - Jurii Władimirowicz uśmiechnął się "po belfersku", tak samo, jak zwykł był to robić Bołdin, kiedy stawiał przed swymi podopiecznymi kolejne trudne zadanie. - Poza tym trzeba ci wiedzieć, że nowy ośrodek informatyczny na Łubiance już ruszył. IBM 370, półprzewodnikowa pamięć. Przestrzeń dyskowa praktycznie nieograniczona. Archiwa są przeniesione i uzupełnione. Ty znasz kody dostepu. Możesz się dowiedzieć wielu rzeczy. I nikt nie będzie widział w jakich kartotekach grzebałeś. Twoje kody... nie zostawiają śladu. - Zmęczył się swoim wywodem. Odpoczywał chwilę. Po pewnym czasie zmienił temat. - Nie jesteś jedynym, który kontaktuje się bezpośrednio ze mną. Domyślałeś się tego? - Bołdin skinął głową. Nie był pewien kto jeszcze. Przez czas jakiś podejrzewał Starą, ale po kilku rozmowach przy butelce wina, wyeliminował taką możliwość. - W projekcie KGB jest major Atanazy. Atan. On lepiej od ciebie widzi problemy. Nigdy nie namawiał mnie na wyprawę w głąb waszego świata. Wie o drugim moim specczłowieku, i chyba domyśla się kim jesteś... łączność przez siódmy zestaw. Jesteście tymi..., którzy posprzątają... jak będzie trzeba. Jeżeli uznasz za stosowne, nawiążesz kontakt, chyba, że on... się pierwszy zdecyduje

Rozmówca Bołdina dyszał ciężko i wyglądał tak, jakby uznał rozmowę za zakończoną. Stiepan Iwanowicz podniósł się z fotela. Przeczucie go nie myliło. Atan był na jego "krótkiej liście podejrzanych". Niegdysiejszy rezydent w Londynie, "uciekinier" z GRU. Skuteczny i bardzo pomysłowy. Dziwnie układają się koleje ludzkich losów. Zasalutował i skierował się do wyjścia.

- I jeszcze jedno. - Słowa przychodziły Jurijowi Władimirowiczowi coraz trudniej - Nie afiszujcie się znajomością z pułkownikiem Atanazym.

* * *

Bołdin nie dał po sobie poznać, jak bardzo zainteresowała go informacja o bazie danych. Niespełna godzinę po spotkaniu z Jurijem Władimirowiczem, wypełnił ostatni formularz, który pozwolił mu przekroczyć drzwi ośrodka. Szedł długim korytarzem. Szum klimatyzacji działał usypiająco. Za przeszkloną ścianą rzędy pamięci dyskowych ciągnęły się w nieskończoność. Dwa razy po sześć w rzędzie, dwadzieścia cztery rzędy. Przeliczył szybko. O w mordę, osiem gigabajtów. Robiło wrażenie.

Usiadł przed terminalem. Miał własne zdanie na temat zostawiania śladów w systemach informatycznych, ale kwerenda na temat Pensji Lekurier nie powinna wzbudzać niczyich podejrzeń. Katarzyna Pietrowna Jusupow figurowała w aktach. Wpatrywał się jakiś czas w ekran. Lekki defekt dolnej wargi na zdjęciu, widoczny był nieco mocniej. Ta sama. Może trochę starsza. Piękna. Fotografię zrobiono w 1916 roku. Dziadek zapewne nie wiedział, że po wyjeździe pracowała trochę dla carskiego wywiadu a trochę dla prywatnej organizacji wywiadowczej potężnego bojarskiego rodu. Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem miała ją na celowniku. Kiedy w 1918 roku zdecydowała się na powrót, była to podróż w jedną stronę. Przyjechała zabrać rodzinę czy może... samobójcza misja? Czytał dalej. Anatol Nikołajewicz mówił prawdę, jakimś cudem wymknęła się czekistom. Zmarła śmiercią naturalną. Pochowana w zbiorowej mogile na cmentarzu, który już od dawna nie istniał. Na tym informacje się kończyły. Była jeszcze wzmianka o niejakim Makarym Nikołajewiczu Tymosiejewie, domorosłym genealogu, który poszukiwał informacji o pensji Lekurier i jak się można było domyśleć, narobił sobie problemów.

Stiepan Iwanowicz westchnął. Spodziewał się więcej. Wszystko wskazywało na to, że żywot Katarzyny Pietrowny był dla świata równie ulotny, jak ich oniryczne spotkanie ćwierć wieku temu.

Lato 1983, gdzieś poza przestrzenią

- Będziemy mieli kolejny oddział. Sześciu chłopaków i osiem dziewczyn. Trzeba sprawdzić czy czegoś przypadkiem nie umieją chociaż - machnął ręką - mam wrażenie, że część z nich nawet pisać nie potrafi. - Bołdin popatrzył na swoich rozmówców. Jego zastępca Bohdan Andriejewicz Fadiejew trzymał fason, choć podkrążone oczy świadczyły, że nie tracił czasu na sen. Stara była tak sponiewierana, że wątpił czy docierało do niej to, o czym mówił. Fizjoterapeuta Fiodor wyglądał trochę lepiej niż Bohdan Andriejewicz czyli... też ledwo trzymał się na nogach. - Zawsze tak jest. - Pomyślał Dyrektor. Wyobrażał cobie co opowiedzą mu chłopaki i dziewczyny.

Opowieści chłopaków nie pozostawiały wątpliwości co do przebiegu zdarzeń w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Starą posunęli chyba wszyscy. - Za każdym razem, kiedy was nie ma, robimy z nią co chcemy... to znaczy... co ona chce. - Stiepan Kumakiewicz czasem zwany Kumakiem a częściej Kumą wyszczerzył zęby w szczerym, pełnym satysfakcji uśmiechu. Bołdin uśmiechnął się również. Oprócz technika Andrieja Sieriożnego, starszego pana po sześćdziesiątce, był chyba jedynym facetem na terenie Internatu, który nie przeleciał Starej. Lidija przekroczyła już czterdziestkę. Bardzo dbała o siebie a to, że wieku nie zamierzała ukrywać, dodawało jej tylko uroku. Drobna blond-okularnica uczyła matematyki. Trzeba przyznać, że była w tym dobra. W innych kwestiach też była dobra. Jej sadomasochistyczny temperament okazywał się nie do okiełznania. Postrach jaki wzbudzała w dziewczynach, był równie wielki jak autorytet, którym ją darzyły. Nic dziwnego. Mimo ponad dwudziestu lat różnicy, cały czas stanowiła obiekt pożądania chłopaków. Na zajęciach potrafiła wyegzekwować uwagę i bezwzględny posłuch. Po wyjściu z sali lekcyjnej, przeistaczała się w suczkę, która prawdziwą satysfakcję otrzymywała wtedy, kiedy została dobrze sponiewierana. Dodatkowym hobby Starej było łaskotanie dziewczyn i nie było to dobrotliwe mizianie. Potrafiła się pastwić godzinami tak, że jej ofiary zapominały jak się nazywają. Inna sprawa, że okazji zbyt wielu nie miała. Częściej sama przywiązana do krzesła czy stołu, łaskotana bez litości, ryczała swoim schrypniętym śmiechem a potem wyła, kiedy ją grzmocili jeden za drugim. Była to zagadka nie do rozwiązania. Dlaczego starsza o dwadzieścia parę lat kobieta, o ostrych rysach i urodzie tylko trochę większej niż przeciętna, potrafiła rozpalić w chłopakach taki ogień, o jakim jej podopieczne marzyły w najdzikszych snach.

* * *

- Oceniacie nas zbyt surowo, Stiepanie Iwanowiczu. - Fadiejew następnego dnia wyglądał dużo lepiej. - Ta grupa, którą przywieźliście zimą, pisała sprawdzian semestralny z języka ojczystego. I powiem, że wszyscy...

- Pokażcie mi te sprawdziany. - Dyrektor nie wyczuł kłamstwa w słowach Bohdana, jednak zastanawiał się jaki stopień trudności został narzucony ich wychowankom. Ten był przygotowany na taki obrót sprawy. Wyciągnął z teczki gruby plik kartek. Bołdin skrzywił się na widok tekstu pisanego przez... oczywiście przez Martę. Ortografia taka, że skóra cierpła. Anuszka i Borka byli jeszcze "lepsi". Masakra! Przeczytał z trudem fragment jednej pracy, potem drugiej, potem trzeciej. Merytorycznie nie było źle. Jak na osoby, którym pół roku temu z trudem przychodziło się podpisać, było naprawdę dobrze. Tylko te błędy.

- Na początek są te gorsze prace. Potem jest już całkiem dobrze - dodał belfer. - Zresztą, mieli silną motywację - uśmiechnął się złośliwie.

- Zagroziliście im chłostą? - Zażartował Bołdin. Za kiepskie wyniki w nauce nie wolno było stosować kar cielesnych.

- Nie. Ale miesiąc temu powiedziałem, że za dwa tygodnie wyjeżdżacie na kilkanaście dni a następnego dnia powiedziałem, że kto zwali sprawdzian, idzie na tydzień do kacetu. Stara zrobiła tak samo. - Jego zastępca uśmiechnął się szerokodusznie.

No tak, teraz Bołdin zrozumiał przyczynę gorącej, naukowej atmosfery, jaka panowała przed jego wyjazdem. Kij i marchewka. Jego "ciało pedagogiczne" też się uczyło. Nie zamierzał wspominać o swojej wizycie w Moskwie ale i tak będzie musiał popsuć im humor. Szkoda. - Dzisiaj po lekcjach, o trzeciej, chciałem się spotkać tutaj, w gabinecie ze wszystkimi facetami. Puchaczewa i Sieriożnego wezwijcie również... Stara też niech przyjdzie. - Dodał bez przekonania.

- Stało się coś złego Stiepanie Iwanowiczu? - W rubasznym tonie dyrektora Fadiejew dostrzegł posępną nutę.

- Nie. Jeszcze nie.

* * *

- Jesteśmy coraz bardziej zdani na siebie. - Podsumował Bołdin na zakończenie swojej relacji z pobytu "pod kopułą". Uczestnicy Kronosa tak zwykli byli nazywać powrót do świata realnego. Dotkliwe efekty uboczne, konieczność pisania obszernych raportów i intensywne przesłuchania z użyciem wykrywaczy kłamstw sprawiały, że na tymczasowe wybudzenie decydowano się bardzo niechętnie. - Chaos panuje w całym kraju. Na świecie też lepiej się nie dzieje. - kontynuował dyrektor. - Mówi się, że pierwszy sekretarz nie, żyje. Z tego co się dowiedziałem żyje, ale nerki mu już nie pracują i... tak jakby nie żył. Biuro Polityczne najchętniej zamiotłoby nas pod dywan. Nikt poza Jurijem Władimirowiczem nie przywiązywał wagi do projektu i gdyby nie to, że koszty są niewielkie a zyski duże, to by to wszystko po prostu zlikwidowano.

- Uważacie, że powinniśmy się wycofać? - Puchaczew nie był zachwycony taką perspektywą. Najmłodszy uczestnik przedsięwzięcia pracował w bibliotece i był źródłem ustawicznych kłopotów. Jego nazbyt brutalny sposób traktowania dziewczyn odpowiadał tylko Starej. Gdyby Ilia Puchaczew był Bołdinem to odpowiadałby jeszcze Jewicie ale zamknięta w sobie nauczycielka historii nie znosiła tego gówniarza. - To chyba nie byłoby takie proste. - Dodał.

- Mamy autobus, mały busik, ambulans i dwie Łady. Wszystko sprawne. Transport setki osób do naszej strefy wyjścia zajmie kilka godzin - Dodał technik Sieriożny. - Ale musimy przestrzegać procedur. Dzieciaki nie mogą się zorientować. Dla nich to wszystko jest utajnione i jakbyśmy coś sfuszerowali, byłoby kiepsko. Prawda Stiepanie Iwanowiczu?

Wszyscy zakłądali, że procedury obowiązujące w świecie realnym mają taką samą moc jak te w strefie czyli żadną. Poczciwy Andriej oczekiwał, że dyrektor zaprzeczy jego słowom. Ten jednak pozbawił ich złudzeń. Jasno i wyraźnie dał do zrozumienia, że naruszenie procedur, pociąga za sobą wszystkie konsekwencje przewidziane regulaminem. Słowa Bołdina wywołały konsternację.

- Proszę o ciszę - Stiepan Iwanowicz zdecydował się wyjawić ostatni, choć wcale nie najmniejszy z problemów. - Wspomniałem już, że jest wola kontynuowania wszystkich projektów. Kronosa nie da się podejrzeć od środka i fakt ten powoduje, że lico naczalstwujuszcze przybiera wygląd nieco... przygłupawy. - Gruchnął śmiech. Atmosfera się trochę rozładowała. - Stąd podejrzliwość i niechęć członków Biura Politycznego. Stąd konflikty w łonie Komitetu Sterującego. Ale jak na razie pomimo, że nie wyjaśniono żadnego mechanizmu funkcjonowania tego, co znajduje się w strefie, mamy skuteczne metody przeciw nowotworom, mamy skuteczne metody na ciężkie infekcje czy sposoby na szybkie szkolenie armii. Choroba może dopaść każdego. Do Afganistanu wysyła się kolejne dywizje. Nikt nie zarzyna kury znoszącej złote jaja. Nie sądzę aby kogokolwiek zamierzano odłączyć z zewnątrz. Niebezpieczeństwo, które mam nadzieję zażegnałem, tkwi tutaj... w naszej rzeczywistości.

Przedstawił w skrócie swoje spostrzeżenia z pobytu w projekcie militarnym. - Sytuację ratuje fakt że rotacja żołnierzy jest duża. - kontynuował - Rekruci po trzech miesiącach są wybudzani. Potem przybywają następni. Zanim układ hormonalny osiągnie u nich stan niebezpieczny, upływa zwykle miesiąc, półtora. Zauważyliście zapewne, że spotykamy się w prawie męskim męskim gronie. - Popatrzył na Lidiję. - Jestem pewien, że niektóre panie, po takich informacjach nie tylko zbagatelizowałyby niebezpieczeństwo. - Uśmieszki na twarzach wszystkich uczestników narady były aż naddto wymowne. Stara miała uśmiech najbardziej niewyraźny ze wszystkich, ale dzięki takiemu postawieniu sprawy Dyrektor miał pewność, że weźmie sobie jego słowa do serca. Po chwili ciszy podjął temat.

- Jak zdążyłem się zorientować, jesteśmy uważani za coś w rodzaju sanatorium dla niepełnosprawnych. Swoich rozmówców pod kopułą, starałem się utwierdzać w tym przekonaniu. Dokumentacja szpitalna zawiera fotografie osób w takim stanie, w jakim trafiały do szpitala. Nie jest to miły dla oka widok. Terytorium, na którym projekty MSW i krasnoarmiejski odbywają ćwiczenia, znajdują się na przeciwległym krańcy strefy. Ja jednak nie mogę wykluczyć roboczej wizyty kilku napalonych facetów. W połowie przypadków towarzystwo byłoby do zaakceptowania. W drugiej połowie przypadków... poleje się krew i będą zabici. Chciałbym abyście nie mieli co do tego żadnych wątpliwości.

* * *

- To, co wczoraj usłyszeliśmy, spokoju mi nie daje - Bohdan Andriejewicz Fadiejew rozkładał na dyrektorskim biurku sporych rozmiarów mapę. - W dawnych czasach ludzie nękani przez barbarzyńców, wymyślali rozmaite sposoby aby przetrwać. Zwykle chronili się za murami miast a kiedy nie mieli takich możliwości, przygotowywali sobie miejsce w terenie niedostępnym. Kiedy coś złego się szykowało, uciekali do takiej kryjówki i siedzieli cicho, dopóki niebezpieczeństwo nie minęło.

- Chyba wiem co macie na myśli. - Bołdin wskazał palcem punkt, sto kilometrów na południe od Lekurierowki i Błękitnego Kampusa.

- Otóż to. Linia wzgórz oddziela rozlewiska i jezioro od północy oraz od wschodu a od zachodu i południa, jest już granica strefy. Na jeziorze jest wyspa, prawie sto hektarów. Na wyspie kilka pawilonów. Wziął bym Andrieja, kilku chłopaków i spróbował znaleźć drogę przez rozlewiska. Obejrzymy pawilony. Może to jest dobre miejsce?

Bołdin się zamyślił. Plan był dobry. Wprawdzie maruderzy ze Specnazu nie mieliby problemu z dotarciem na wyspę. Rozlewiska czy woda nie stanowiły przeszkody ale przecież będą się spieszyć. Nie zostawią terenówki i nie ruszą dwadzieścia parę kilometrów przez podmokły niepewny teren. A on... on znał drogę.

- Jadę z wami Bogdanie Andriejewiczu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Polskie Forum Łaskotek Strona Główna -> Erotyczne / Opowiadania BDSM Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin